KONTAKT

MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Licznik


S O S
Grzegorz Białuński
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
<< Historia Eseje Listy

Krushka Town
Tasmania, Australia 1882 -1888

Beneath a domineering mountain in the high north-east of Tasmania, Krushka Town was founded by Christopher Krushka, a remarkable and adventurous Prusian-born immigrant. At 17 years of age, Christopher became a landowner and self-made millionaire through the mining of tin.

Embracing his newly found wealth, the Krushka Town pioneer developed a taste for the high life, building a 20-room dwelling for his family, owning champion racehorses and hosting lavish parties and picnics.
In 2010, Madeline Kidd has developed the Krushka Town range of homewares in reflction of her ancestor’s daring and decadent spirit.

    Derby: XI.03 (wtorek): 1.08pol; 10.08tas: Znajoma nazwa? Dobre skojarzenie. Derby to już drugie miasto na Tasmanii, które honoruje Edwarda Stanley’a, 14-go lorda Derby. Przynajmniej oficjalnie. Pierwsze to Stanley, w którym byliśmy na początku. Tak to wygląda przynajmniej formalnie.
    Obszar był nieznany aż do 1855 roku, gdy zaplątał się tam pierwszy badacz, ale jego sprawozdanie nie wywołało fali osiedleńczej. Żaden portal nie wymienia nazwiska tego badacza, ale to i tak postęp wobec Gladstone, które nawet nie wie od kiedy jest białe. Dopiero gdy w 1874 odkryto cynę (czyli 4 lata później, niż w Gladstone) zapanowała gorączka cyny. Dzieła odkrycia dokonał George Renison Bell (o którym była mowa w Renisonn Bell na trasie objazdowej M.), a za eksploatację zabrali się bracia Krushka: Christopher, Charles i Frederick. Niektóre źródła wskazują braci jako odkrywców cyny, ale to chyba hołdownicza grzeczność. Dlatego osadę nazwano wtedy Brothers Home od nazwy kopalni Brothers Home, lub odwrotnie. Aliści w 1876 przemianowano kopalnię na Briseis Mine.
    Otóż owa Briseis (po polsku Bryzejda) to klacz, która w 1876 roku wygrała derby Victorii. To były trzy wyścigi odbywające się w jednym tygodniu listopada: Puchar Melbeurne, Puchar Korony i Nagroda Całoroczna. A na nią postawił jeden z właścicieli kopalni, czyli któryś z Krushków. To wygrana Bryseis dała kawał surowego kapitału do rozwoju kopalni i miasteczka. Dlatego jej imieniem nazwano jezioro w okolicy i samą kopalnię.
    A początkowo Briseis wcale nie była faworytką. Faworyci derby płynęli statkiem z Sydney, ale w trakcie gwałtownego sztormu wszystkie najsilniejsze konie zginęły. Przetrwały najsłabsze, co wprost obala mit, że przetrwają tylko najsilniejsi. Zauważyłem, że zwykle przeżywają kwękające ofermy, zaś bohaterowie idą na rzeź. Jednak fachowcy twierdzili, że sądząc po uzyskiwanych przez Briseis czasach i tak by wygrała w cuglach. Bryzeida była córką ogiera Tim Whiffler’a z Anglii, który sam i jego potomstwo wygrały niejeden wyścig. Matka Musidora była córką innego czempiona z Anglii ogiera Premier’a.
    Rok 1876 był jej pierwszym sezonem występów w imprezach takiej rangi i opinia publiczna po prostu tego konia jeszcze nie znała. A przede wszystkim nie znali jej wyjadacze zakładów. Ta cudowna broń do robienia pieniędzy urodziła się w stadninie, była własnością i trenowana przez jednego człowieka: James’a Wilson’a. Miał on w St. Albany (St. Albany po polsku tłumaczy się na Służew) nieopodal Melbeurne stadninę i szkółkę jeździecką. Jednak to nie wszystkie elementy tej strasznej broni. James Wilson miał jeszcze jedną broń lekką, konkretnie 39 kilo.
    To był jego dżokej Michael Bowden, który zdobył sławę pod pseudonimem Peter St. Albans. Miał ledwo 13 lat, tak jak przewidują przepisy o limicie wieku. Ale poniewczasie okazało się, że do tego limitu brakowało mu 8 dni. Pewnie jednak właściciel stadniny doszedł do wniosku, że za rok jedna broń może przybrać na wadze a druga broń na wieku i szanse na zwycięstwo zmaleją. Podał więc, że rodzice Petera Bowdena są nieznani, jakieś tam aborygeńskie mieszańce, a on sam został znaleziony na progu stajni i przysposobiony przez Bowden’ów, a wiek jego tak na oko… będzie z 13 lat. I to przeszło. Z jego późniejszych interfektów wynikało, że chłopak był biały jak ściana, a Bowdenowie w końcu znaleźli nawet akt urodzenia.
    Podobno James Wilson dysponował jeszcze jedną, najtajniejszą bronią, o której być może sam nie wiedział. To była niebywała więź między dżokejem a koniem. Wielka nie dająca się spełnić miłość międzygatunkowa. Ta klacz zrobiłaby dla swojego dżokeja wszystko. No i zrobiła. Wygrała derby Victorii, zaczynając od Melbourne Cup. A najlepiej wyszedł na tym anonimowy gracz z Brothers Mine na Tasmanii: calutkie 76 tysięcy ówczesnych funtów, czyli na dzisiaj coś ponad dwa miliony. Czas uzyskany w Pucharze Melbourne nie został pobity do dzisiaj.
    Ta świetna para wygrała w tym roku jeszcze kilka wyścigów. Briseis w którymś momencie została przegrana w karty, a nowy właściciel zamiast się na niej dorobić zaprzęgnął ją do ciągania kloców. Po kilku latach tej harówy spadła na nią antaba i piękną klaczkę trzeba było zastrzelić. Lepiej wyszedł na tym Peter St. Albans. Do wieku lat 19 wygrał kilka wyścigów, a po upadku z konia zajął się trenowaniem koni. Zmarł w wieku 35 lat, ale kroniki nie podają przyczyny śmierci w tak młodym wieku. Może zabiła go miłość do szybkich klaczy? Podobno miał najhuczniejszy pogrzeb w Geelong, a na fali emocji ustanowiono specjalną nagrodę Peter St Albans Trophy dla najlepszego jeźdźcy w wyścigach odbywających się w Geelong. Biorąc to wszystko pod uwagę władze miasta Briseis Mine postanowiły w 1885 zmienić nazwę na Derby. Na cześć 14-lorda Derby, Edwarda Stanley’a oczywiście.

    Tymczasem bracia Krushka nie zasypywali gruszek w popiele (ciekawe, bo potem okazalo się, że Krushka to właśnie Gruszka). Najpierw doposażyli główną kopalnię Brothers Home, a następnie otworzyli jeszcze dwie: Black Boy i Briseis Mine. Za dwa lata rosnąca przy kopalniach osada Brothers Home zmieniła nazwę na Briseis Mine. Jednak braciom było mało. Kupili na południe od Derby ogromne połacie ziemi w okolicy dzisiejszego Ringarooma, ustanawiając je swoją rodzinną stolicą.

    Miasto Derby szczyt swojego rozwoju przeżyło pod koniec dziewiętnastego wieku. Wtedy mieszkał tu straszny tłum ludzi, czyli 3.000 (dziś jest 300). Produkowano 120 ton cyny miesięcznie, co w pewnej chwili było nawet najlepszym wynikiem na całej południowej półkuli. Na dodatek w 1919 dociągnięto linię kolejową i zaczęło pachnieć dobrobytem. Rosła też infrastruktura uprzyjemniania sobie życia. Wszystko skończyło się 4 kwietnia 1929 roku. Po długotrwałych katastrofalnie obfitych deszczach nie wytrzymała zbudowana przez kopalnię tama i woda zalała miasto. Zginęło 14 osób. Pięć lat później przywrócono eksploatację, ale po następnych 15-u zaniechano jej (1948). Kolej wytrzymała do 1992 roku. A dzisiaj Derby jest sympatycznym przystankiem przy Tasman Hwy zwiedzanym po kolei.
    Tymczasem my jedynie zatrzymujemy się przy miejscowym punkcie informacji turystycznej, żeby naszabrować materiałów i po chwili jedziemy dalej. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że stanęliśmy tuż za poprzeczną ulicą Krushka.



* *

    Po zwiedzeniu muzeum opuszczamy Bronxholm. Przeprawiamy się przez most - jak się przed chwilą dowiedziałem - witający Chińczyków kamieniami. Osiem kilometrów za Branxholm tablica pokazuje drogę do Ringarooma. Jeszcze przed chwilą była to pusta nazwa. Teraz to stolica Krushków, zresztą była. Ale ja o tym dowiaduję się dopiero po powrocie do domu, gdy zacząłem tropić pewien ślad złapany w Penguin kilka dni później. Dlatego nie skręciliśmy tam realnie, ale wirtualnie jest to ciągle możliwe. Po następnych 7-u kilometrach bocznej drogi (nawiasem mówiąc idącej do Wodospadu Ralfa) dociera się do Ringarooma.
    Przyznam szczerze, że dopiero teraz zwróciłem pilniejszą uwagę na niepokojąco znajomo brzmiące nazwisko Krushka. Żaden portal australijski nie rozwinął wątku tych braci. Nawet Australijski Słownik Biograficzny nie uznał tych dżentelmenów za godnych swojej fatygi. Jedynie hasło Ringarooma w Wikipedii wymieniło jedno imię: Christopher. I to wystarczyło. To, o co nie zadbali niewdzięczni Australijczycy zadbała sama rodzina. Znalazłem portal rodziny Krushka w sieci, a na nim wszystkich trzech braci, ich rodziców, dzieci i krewniaków, którzy wybrali sobie inne kontynenty.
    Ojciec tych braci Christian Krushka wraz z żoną swoją Jane Louisa Cloakus oraz 5-ą dzieci opuścili miasto Nikolaiken w Prusach (wtedy jeszcze osobne państwo Prusy, które później stało się częścią Niemiec, dzisiaj są to Mikołajki w Polsce), udali się do Hamburga, skąd na statku Wilhelmsburg w 1855 roku przybyli na Tasmanię.
    Bracia zjawili się tu w związku odkryciami złóż cyny (1874). Po założeniu kopalni kupili wielkie połacie ziemi na południe od Branxholm. Ale doszli do wniosku (nie wiadomo właściwie kiedy), że założą swoje własne miasto. Wnet zaczęli rozsprzedawać ziemię po przystępnych cenach jednocześnie budując nową osadę mającą stanowić ośrodek tego rejonu (1882). I nazwali je Krushka Town. W tym momencie zrozumiałem, że to byli Prusowie, przedstawiciele ludu wytępionego przez Zakon Rycerzy Mieczowych, tych samych, których wykurzono z Ziemi Świętej po wyjątkowo żenujących krucjatach. Wszystko wygląda na to, że Krushka Town była ideą stworzenia pierwszego miasta pruskiego na antypodach.

    Prusowie to lud wymarły, a w każdym razie wymazany z map i historii do czysta. Nie należy ich mylić z Prusakami, czyli obywatelami niemieckich Prus, które dotrwały do wybuchu WW1. Prusowie przybyli wraz z wielką migracją celtycką posuwającą się północną krawędzią trzonu Europy. O ile dobrze zrozumiałem są potomkami tego samego skrzydła Celtów, które zainstalowało się potem na wyspach brytyjskich. Prusowie osiedlili się nad Bałtykiem na terenie wielkości 80% terytorium Tasmanii. Dzisiaj podzielone jest ono przez 3 podmioty państwowe: Polskę, Litwę i powojenny łup Rosji zwany enklawą Kaliningradzką. Zajmowali górną połowę pierwszej ćwiartki Polski (w dzisiejszych granicach), krainę lasów i jezior zwaną dziś Mazury. W całości zmieściła się tam mała a nerwowa enklawa rosyjska. Wreszcie zajmowali połowę dzisiejszej Litwy na wschód i południe od rzeki Niemen. Zanim doszło do tego podziału Prusowie udali się wcześniej w niebyt, w tym część do Australii, a kilka rodzin na Tasmanię. Na przykład rodzina Krushka do Derby i Ringarooma. Tam dopiero mogli pokazać swoje talenty organizacyjne i ekonomiczne.
    W Polskiej historii Prusowie nie mieli dobrych notowań. Przeciętny obywatel Polski, który uważał na lekcjach historii pamięta, że: były to dzikie plemiona nieustannie napadające na sąsiadów, w tym Mazowsze, które wtedy było zaledwie lennem Królestwa Polskiego. Co prawda ja uczyłem się tego przedmiotu w czasach wielkiej transformacji historii na potrzeby komunistów, ale zdaje się na odcinku Prusów nic nie uległo zmianie. Ani wtedy, ani potem.
    Ponieważ historia ewidentnie kłamała, przynajmniej na odcinku wyginięcia tego ludu, zacząłem się rozglądać za jakimś źródłem wiedzy. Nie musiałem sięgać wzrokiem zbyt daleko, bo jedynie przez płot. Za sąsiada mam etnografa. Spytałem go od niechcenia, między jednym żartem a drugim, czy wie coś o materiałach, które by dały jakieś bliższe pojęcie o Prusach. Bardziej liczyłem na opisy etnograficzne uniwersytetu w Królewcu (przez Rosjan przemianowanym na Kaliningrad) niż jakiekolwiek inne. Ale co bliski sąsiad, to bliski sąsiad. Wywiązał się aż z nawiązką. Przede wszystkim wynalazł mi polskie Stowarzyszenie Prusów, które prowadzi swój portal, a jego założyciel p. Sławomir Klec-Pilewski jest potomkiem książęcej rodziny pruskiej. Na tym portalu (który ma również wersję angielską) wyłożono całą historię narodu pruskiego.
    Boże, co to za historia.     Pan Klec przekonuje, że sprawa wypraw łupieżczych Prusów na Mazowsze miała się dokładnie odwrotnie. Twierdzi, że był to lud (12 plemion) bardzo ekonomicznie zaradny oraz zasobny i to wpierw Wikingowie, a potem wszyscy sąsiedzi, Polanie, Litwini, Niemcy, Duńczycy i Szwedzi łupili bezlitośnie Prusów, a ci im się jedynie rewanżowali. Brzmi to nieco hagiograficznie, ale najbardziej bliska prawdy wydaje się uwaga na końcu: nie należy się gorszyć tym postępowaniem, bo w tamtych czasach wzajemne grabieże należały do stałego repertuaru dobrych stosunków sąsiedzkich.
    Sprawy nieco się skomplikowały wraz z powstaniem Królestwa Polskiego, które zjednoczyło plemiona słowiańskie dorzecza Odry i Wisły, bo szczelnie otoczyło Prusów od południa, odcinając od reszty Europy. Wyrzekło się ono oficjalnie praktyk pogańskich (966) i miało teraz na Prusów chrześcijańskiego bata. Na dodatek zapał królów polskich podniecała chęć wyrąbania sobie dostępu do morza, czemu na przeszkodzie stały między innymi plemiona pruskie. Ale żadna ze stron w sprawach wiary nie przejawiała fanatyzmu, a wzajemne kontrybucje jakoś łagodziły dzikie obyczaje obu stron. Aż do chwili, gdy głupi książę Konrad Mazowiecki postanowił wyręczyć się Krzyżowcami, zbrojnym ramieniem Watykanu, akurat co odciętym przez muzułmanów w tak zwanej Ziemi Świętej. Trzeba wiedzieć, że zakon bazował całkowicie na niemieckiej technologii religijnej, militarnej i architektonicznej. Konrad za uciszenie Prusów obiecał braciszkom Ziemię Chełmińską, która znajdowała się pod kolanem dolnej Wisły, na gorącym pograniczu (1225). Ta nieszczęsna ziemia stanowiła 6,5% terytorium Tasmanii.
    Krzyżacy propozycję przyjęli bardzo skrupulatnie i z pewną nadgorliwością zabrali się do roboty. Najpierw zbudowali warownię (1230) na samym południowo-wschodnim narożniku Ziemi Chełmińskiej, z którego można było dać nogę aż w trzech kierunkach. Dzisiaj w tym miejscu jest piękne miasto Toruń, gdzie na świat przyszedł Mikołaj Kopernik (1473), facet, który przebudował nam system słoneczny. Autor portalu twierdzi, że był z pochodzenia przyczajonym Prusem. Potem Krzyżacy umacniali się na pograniczu, czyli wzdłuż rzeki Wisły. Polegało to na budowaniu zamków stanowiących jedyne bezpieczne miejsca na całym terytorium (po wygnaniu Krzyżaków patriarchat Torunia nakazał zburzenie zamku). Najpierw na szczątkach pruskiego gródka powstała twierdza Kwidzyń (1233), po tym gdy Prusowie przegrali swoją pierwszą bitwę. Zacytujmy p. Kleca: W ich ręce dostaje się pruski wódz Pipi. Pomimo szlachetnego urodzenia torturowano go z największym okrucieństwem, przywiązano do końskiego ogona i tak powleczono do Torunia [100 km] i tam powieszono. Wcześniej wydarto mu wnętrzności, przybito je do drzewa, a jemu kazano wokół niego biegać.
    Potem po kolei budowali Chełmno (1233), które pewną chwilę było nawet krzyżacką stolicą, Sztum (1236), Elbląg (1237), a wreszcie Braniewo (1240) praktycznie leżące już nad morzem. Tą pierwszą falę osadnictwa niemieckiego zatrzymuje na 10 lat pierwsze powstanie pruskie (1239-1249). A zaczęło się ono od aktu otrzeźwienia. Otóż po prawie ćwierćwieczu udziału panów polskich w krzyżackich rzeziach jako pierwszy oprzytomniał książę Świętopełk. Gdy Krzyżacy zakończyli odcinanie Prus od reszty świata łańcuchem warowni wzdłuż Wisły stało się dla niego jasne, że książęta polscy mogą na zawsze stracić „swoich” Prusów. Wtedy wystąpił przeciw Krzyżakom, a Prusowie jak echo odpowiedzieli swoim pierwszym powstaniem, także przeciw strasznym kleszkom.
    Powstanie na pierwszym froncie nie miało zwycięzców. Świętopełk odzyskał na chwilę kawałek wybrzeża, Prusowie poniszczyli kilka zamków, za co Krzyżacy puścili z dymem kilka grodów pruskich i niezliczoną ilość wsi. Po dekadzie teoretycznie wszystko wróciło do punktu wyjścia, poza gwałtownym skurczeniem się populacji pruskiej. Najlepiej na tym wyszli Krzyżacy. Odzyskali co nagrabili wcześniej, Świętopełka wyrzucili za Wisłę. Świętopełk przechodząc ze strony na stronę w sumie wykiwał sam siebie.     Po pierwszym powstaniu pruskim Krzyżacy zaczęli budować twierdzę Malbork (1280), do której przenieśli swoją stolicę i która stała się światowym symbolem piekła w służbie bożej. To było jedno z nielicznych miejsc na całym terytorium państwa zakonnego, gdzie mnich kładąc się do łóżka mógł odpiąć miecz. Potem powstał Golub-Dobrzyń (1305-11), który dzisiaj służy do zabawy w rycerzy. Pośród zajętych polskich miast na końcu padło Świecie (1309) i Krzyżacy zaraz zaczęli tam wznosić zamek.
    Następna dekada przebiegała według zwykłego trybu. Krzyżacy pacyfikowali kolejne wsie posuwając się na wschód. Ludność zamieniali w robotników ziemnych i budowlanych, kobiety w mnisze dziwki, elitę przesiedlano gdzieś daleko za horyzont, a jak było tego za dużo to wyrzynano. Pan Klec pisze: W tym samym czasie ze szczególną troskliwością zajęli się budową strategicznych portów, które w razie problemów na lądzie miały gwarantować im ucieczkę, jak również otrzymywanie posiłków drogą morską. Takimi portami miał być Elbląg i Królewiec i to one stały się w okresie podboju głównymi fortecami, które ocaliły Zakon. Dzisiaj Elbląg jest w głębi lądu, a Królewiec w głębi imperium rosyjskiego.
    Dalej pisze: Około roku 1253 w zasięgu podboju krzyżackiego znalazł się najbogatszy pruski lud, Sambowie, i jeden z epizodów w kronice mówi, że “wpierw zniszczono okolicę późniejszego zamku Loschstadt, które spalono ogniem zabijając i biorąc w niewolę wielu ludzi”. Wkrótce w 1254 roku przybywa z licznym rycerstwem król czeski Przemysław Ottokar (można go określić jako wybitnego barbarzyńcę), wraz z Krzyżakami “spalił wszystko, co mógł strawić ogień, wziął w niewolę i zabił wielu ludzi”. Krzyżacki kronikarz podaje, że razem z margrabią brandenburskim Ottonem i wielkim mistrzem Zakonu Poppo von Osterno oraz biskupem chełmińskim i warmińskim Anzelmem z Elbląga przez Bałgę prowadzili na podbój Sambii wojsko w sile 60 000 konnych. Następnie zaś “takiej rzezi dokonano na narodzie Sambów, że starszyzna dawała królowi zakładników..., aby nie zgładził całego ludu.
    Sambia to niewielki półwysep na południowo-wschodnim wybrzeżu Bałtyku rozdzielający Zalew Wiślany od Zalewu Kurońskiego. 90 na 30 km, czyli 4% terytorium Tasmanii. Ale to tam znajduje się Königsburg z tradycją Emmanuela Kanta. I kto by pomyślał, że transcedentalny idealizm może tak ociekać krwią.
    Drugie powstanie (1260-1274) zostało przygotowane staranniej i to przez obie strony konfliktu. Krzyżacy otrzymali otwartą aprobatę Watykanu na prowadzenie krucjaty pruskiej, Watykan rozdawał na lewo i prawo akty zbawienia rycerzom europejskim (jak przekonuje p. Klec rycerzom w stylu Don Kichote: głupim i tchórzliwym) udającym się na krucjatę, dodając przy tym tłuste kawałki ziemi pruskiej. Z drugiej strony zabiegali o współudział Moskali i Litwinów, którzy na tą okoliczność nawet szybciutko przyjęli chrzest.
    Najstraszniejszą jednak bronią miał być Krzyżak przerobiony z Prusa imieniem Herkus, syn wodza pruskiego zagarnięty jako zakładnik. Został on w niemieckich fabrykach edukacyjnych przerobiony na krzyżackiego zakonnika-wojownika imieniem Konrad Wallenrod. Po naukach odstawiono go do Prus, aby tam zaczął tłuc swoich rodaków. Jednak bezduszni zakonnicy nie docenili sentymentów dziecka pozbawionego rodziny. Brat zakonny Konrad alias Herkus zaczął pracować na obie strony. Spotykając się z rodakami potajemnie namawiał ich szczególnie do porzucenia pogaństwa, które było głównym usprawiedliwieniem dla agresji. Sfinalizowane zostało to pokornym listem do papieża z prośbą o przyjęcie do chrześcijańskiej trzódki i powstrzymanie ekspansji Krzyżaków. Papieżowi list nie spodobał się. Zapewne z powodu bardzo zaawansowanych prac nad kontynuowaniem krucjaty, której przecie było żal zaniechać. Tyle wysiłku włożonego na marne? I co? Przyznać się do błędu? Przecież papież jest nieomylny.
    Herkus, zwany też Herku Monte to postać w literaturze polskiej kultowa, choć imię brzmi obco. To on poddaje pomysł na intrygę, o której dzieci polskie uczą się od maleńkości. Bardzo to przydaje im się w prowadzeniu działalności gospodarczej. To on jest wzorcem dla bohatera narodu zbyt małego, aby sobie poradzić z kontynentalną nawałnicą i który (naród) w swojej walce musi być i lwem i lisem, co dzisiaj zwie się agent wpływu na wysokim stanowisku. Został napisany przez poetę romantycznego Adama Mickiewicza, jako coś w rodzaju recepty na pytania o lek na niepodległość ojczyzny. No i Mickiewicz jako Litwin (to jest Polak mieszkający na Litwie) sięgnął do tradycji Prusów. W części formalnej wzorowany jest na powieści historycznej Waltera Scotta. Poemat nosi tytuł Konrad Wallenrod.
    Papieska odmowa załamała chrześcijańską wiarę Herku Monte i już jawnie stanął na czele drugiego powstania pruskiego (niezgodnie z literacką wersją) i narobił Krzyżakom niezłego bigosu. Znając ich sposób myślenia, sztuczki oraz całą maszynerię wojenną uprzedzał wielokrotnie ich ruchy. I był wredny niczym Krzyżak. Najbezczelniej pod słońcem pod nieobecność głównych sił wszedł do obozu Krzyżaków, wyrżnął pozostawioną załogę, po czym poczekał na pozostałych. Gdy tamci spokojnie wchodzili do obozu on spokojnie urządził im rzeź. Krew chrześcijańska sikała jak fontanna Trevi.
    Wróćmy do p. Kleca: Herku Monte stał się postrachem dla Zakonnych, sama wiedza o jego bliskiej obecności napawała ich śmiertelnym strachem. Nie przebierał w środkach, wprowadzał ich w zasadzki i tępił bandy zakonnych, gdzie tylko miał wiedzę, że się pojawili. Niejednokrotnie zasadzał się na nich w przebraniu jako Krzyżak, a przy tym wszystkim dbał o to, żeby żadnemu nie udało się uciec, a po to tylko, żeby jego metody walki z nimi nie były przekazywane innym braciom. Strach Krzyżaków był tak wielki, że uznawano, że walczą z duchem.
    Prusowie nabrali wiatru w wojenne żagle. Odzyskiwali gród za grodem. Pan Klec pisze z lekką euforią: Walki przeniosły się poza terytorium Prusów, w roku 1263 na ziemi chełmińskiej powstańcy zdobywają zamek w Radzyniu. Jadźwingowie z Pogezanami, Warmami i Bartami, pustoszyli okolice Elbląga zdobywając okoliczne fortyfikacje, które broniły dostępu do miasta. Bezradność i wściekłość Krzyżaków osiągnęła zenit w ich okrucieństwie, kiedy taki sam los spotkał zamek w Lidzbarku i zdziesiątkowani dotarli do Elbląga. Przetrzymywanym tam pruskim dzieciom, zakładnikom, wyłupiono oczy i odesłano rodzicom.
    Jednak nic nie trwa wiecznie: W roku 1267 ponowne przybycie do Królewca króla Czech z bardzo licznym wojskiem zaczęło szalę zwycięstwa przechylać na niemiecką stronę. Nawiasem mówiąc w tym królu więcej było krwi niemieckiej, niż czeskiej.
    A w końcu: W roku 1273, leczący się z ran Herku Monte został osaczony w swojej kryjówce, pochwycony i natychmiast powieszony, a pełni strachu Zakonni dla pewności mieczem przebili jego serce. Szczególnie ciężkie walki miały miejsce na Sambii, gdzie część ludności zmuszono do ucieczki, część schwytano w niewolę, a część wybito. I w ten sposób, jak chwalił się krzyżacki kronikarz “Całe wojsko Sambów mieczem unicestwili oraz pojmali kobiety i dzieci. Domy i przyległości spalili na popiół”. W roku 1274 uznano, że powstanie zostało stłumione i pozostały jeszcze trzy prowincje Prusów do podbicia. Więcej powstań nie było. Jedynie trwała systematyczna eksterminacja Prusów i systematyczna przed nią obrona.
    Podbój został zakończony jakże symbolicznie: Rozwścieczeni Niemcy z całą bezwzględnością krwawo rozprawili się z ludnością, przykładnie, z zastosowaniem okrutnych tortur wieszając Prusów na przydrożnych drzewach niczym Droga Krzyżowa. I Polacy mieli swój udział. Polski kronikarz Jan Długosz w swoim Żywocie św. Stanisława czyta pobożne myśli patrona Polski: Gdy liczni krzyżowcy tam pociągnęli, aby zwalczać nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego i poddać ich jarzmu Chrystusa, osiągnęli zwycięstwo i zadali wielką klęskę wrogom. Chrześcijanie zaś domy ich i pola uprawne spalili, a dobra ich zagrabili”. Tak to wtedy rozumiało się chrześcijańskie miłosierdzie.
    Autor cytuje nam jeszcze świetne podsumowanie tej całej historii sformułowane przez p. Łucję Okulicz Kozarynę: Z zaborczością i bezprawiem Zakonu walczył pradziad, kontynuował walkę dziad i ojciec, próbował protestować wnuk i dopiero prawnukowie doszli do wniosku, że jest ona beznadziejna. A Stowarzyszenie Prusów walczy o pamięć i oby nie równie beznadziejnie.

    W chwili gdy Krzyżacy opanowali wszystkie ziemie wszystkich pogan w sposób widoczny zaczęli się rozglądać co dalej. Wtedy dopiero Polska zabrała się do roboty, zarówno na polu dyplomatycznym, jak i bitewnym. Występująca wtedy pod nazwą Rzeczpospolita Obojga Narodów w końcu poradziła sobie z państwem kościelnym, zaczynając od wygrania bitwy, której wynik zszokował Europę: z topornym narodem przegrał sam Pan Bóg (Grunwald 1410). Ta bitwa podkopała wiarę w nieomylność braciszków zakonnych, tyle pobożnych, co okrutnych. Terytoria państwa kościelnego zajęła Rzeczpospolita Obojga Narodów, zamieniając nazwę na Prusy Książęce, jako dzielnicę. Po pewnym czasie (ok. 300 lat) zaczęła się psuć od środka sama Rzeczpospolita, aż tak spróchniała, że przyszło trzech facecików w koronach i przewróciło ją jak stare drzewo. Tereny zamieszkałe przez Prusów zajął jeden z władców niemieckich, który rezydował w Berlinie. To był tak wielki łup, że przemianował całe swoje państwo kradnąc nazwę większościowego pakietu Prusy. Mieszkańców od tej pory zwano Prusakami, tak jak w Polsce nazywano potem karaluchy. A więc odeszli Prusowie, pojawili się Prusacy. Potem niemieckie Prusy zaczęły przyłączać do siebie coraz więcej mikroskopijnych - i nie tylko - państewek niemieckich i stały się tak potężne, że doszły do wniosku, że przez gardło przejdzie im cała Europa. No, może poza bratnim Cesarstwem Austro-Węgierskim. Urządzili wielką jatkę (WW1), która miała gładko przejść w wielką zwycięską ucztę. Kaliber przełyku okazał się przeszacowany i państwo pruskie zdechło przez udławienie się (1918).
    Prusy w sensie geograficznym dostały się następcy Prus w sensie państwowym, czyli odnowionej Rzeszy Niemieckiej. No i ci rzesza tych Niemców znowu doszła do wniosku, że czas się odkuć i w ciągu 20 lat wywołali następną awanturę wojenną: WW2 (1939-1945). Znacznie gorszą, znacznie bogatszą w konsekwencje. Dość powiedzieć, że Prusy jako kraina zostały podzielone przez dwa państwa: Polskę i Związek Sowiecki (1945). Oba rządzone przez Rosjan. Teraz to jest jedyny kawałek starego Związku Sowieckiego w tej części Europy, który nie wrócił na własność jej mieszkańców. Nie było już komu oddawać. To tak zwana Enklawa Kaliningradzka. W tej chwili Enklawa służy do straszenia Europy rakietami. Niby bolszewik zdechł, ale ciągle straszy.
    Jednak autochtoni to nie elektryczne zabawki. Nie znikają wraz ze zmianą władzy, czy nazwy. Co prawda nikt już o nich nie mówił i nie pisał, bo to jeszcze nie był czas dla etnografów i archeologów, ale przecież jakoś trwali. I rodzina Krushka jest żywym reliktem tego ludu, który okazuje się mieć równie przetrwalnikowe zdolności, jak i inne uśpione ludy. Chociaż swoje kości składają już w całkiem innej ziemi.

    Niestety bracia Krushka znowu mieli pecha. Zaledwie po 6 latach zmieniono nazwę na Ringarooma. I co za żenada. Nową nazwę znaleziono na złomowisku pewnej zbankrutowanej osady nad morzem, na drugim końcu rzeki Ringarooma. Nie ma nawet tchnienia informacji o przyczynach tej przykrej decyzji. Pewne przybliżenie może nam dać wypowiedź jednego z potomków na genealogicznym portalu: Po tym, gdy trzej bracia Christopher, Matthew i Charles odkryli cynę w rejonie Derby-Ringarooma byli oni według ówczesnych kryteriów multi-milionerami. Każdy z nicj miał osobny dwór i wielkie obszary ziemi. Ale na nieszczęście szybko niewiele z tego zostało. I tak to błąd ekonomiczny na amen pogrążył Prusów w otchłani zapomnienia.

    Potem w ramach pomocy społecznej przydzielono mu nazwę Boobyalla. Obie nazwy są pochodzenia aborygeńskiego, ale indeks nazw nie wysilił się podać ich znaczenie.

* *


    I tak przez Heybridge, Howth i Sulphur Creek dojechaliśmy do...

    Penguin: XI.06 (piątek): 23.34pol; .XI.07 (sobota): 8.34tas: …czyli Pingwina. Stanęliśmy w samym centrum, to znaczy tam, gdzie było największe zagęszczenie budynków, oraz pingwinów. To jest dobre miejsce, żeby zadać żartobliwe pytanie:
    - Ilu ludzi mieści się w Pingwinie? – Gdy zagadnięty duka coś w rodzaju…:
    - …Eeee, może pół? – Możemy z dumą oświadczyć:
    - Trzy tysiące – a gdy rozmówca otworzy usta ze zdziwienia dobijamy go:     - W mieście Pingwin mieszka 3 tysiące ludzi.
    Samochód stawiamy przy głównej ulicy nieomal w cieniu…pingwina, dużej figury z betonu. Podobno to największy pingwin świata. Ma całe 3,5 m i jest dziesięć razy większy od oryginału. Stanęliśmy naprzeciw Penguin Visitor Information Centre. Idziemy tam wydrzeć trochę materiałów. Informacja turystyczna zamknięta, bo za wcześnie, więc idziemy do barku obok. Poszliśmy do baru, bo jakiś miejscowy powiedział nam, że pracuje tam Lora, a Lora wszystko wie. Powtórzył to dwa razy, wyraźnie lubując się w brzmieniu tego imienia. Owa Lora, kawałeczek przystojnej kobietki, przyjęła od M. tą rekomendację z lekkim uśmieszkiem i po usłyszeniu pytania (pytaliśmy o kopalnię srebra) skierowała nas do punktu informacyjnego.
    – On tam naprawdę wszystko wie.
Ponieważ jest jeszcze czas do chwili otwarcia, to idziemy na spacer po miasteczku. Najpierw zwiedziliśmy tablice wiszące na budynkach kompleksu, w którym jest także Królestwo Lory. Upamiętniają pingwiński wkład w szaleństwa zamorskiego świata: pierwsza wojna światowa, druga wojna światowa, wojna koreańska, wojna wietnamska. Szkoda chłopaków. Odrywamy się od koszmarów wojny i idziemy alejką wzdłuż brzegu morskiego. A tam niespodzianka. Całkowicie nowatorski sposób rozpowszechniania wiedzy o mieście. Malutkie ceramiczne obrazki wbetonowane w ścieżkę raczą różnymi ważnymi informacjami. Wpierw trafiliśmy na obrazek podpisany: Dzień Dobroczynności c. 1908, dalej: Watcombe Mouse, c. 1908, dalej: Penguin Creek w czasie odpływu, c. 1904, poczym: Poczta w Penguin, c. 1804, a wreszcie: Most w Penguin i linia kolejowa.
    Kilka innych tablic przybliża historię miasteczka. Niewątpliwie miejsce to widzieli Flinders i Bass w 1798 i podobnie jak w przypadku większości miejsc na północnym wybrzeżu nie byli łaskawi tu wysiąść ze statku. Zresztą teren nie zachęcał. Poruszanie się wzdłuż brzegu było bardzo utrudnione ze względu na bardzo gęsty busz. Przedarł się tędy tylko pracownik VDL Company Joseph Fossey w 1820 roku w ramach rozpoznania terenu. Opisał teren i poszedł precz. Pisałem o Fossey’u przy okazji Hellyer’a, bo razem współpracowali.
    Swoje istnienie Penguin zawdzięcza w dużym stopniu gorączce złota w Wiktorii w latach 1850-ych. Gdy tam zabrakło drzewa do obudowywania chodników kopalnianych przypomniano sobie o gęstym buszu między Burnie i Devonport. W ciągu 10 lat gęsty busz przestał być gęsty, a może nawet w ogóle buszem i w 1861 pojawił się pierwszy osadnik z niedużym nadaniem ziemskim 167 akrów (67,5 ha): Edward Beecraft. Pojawił się tutaj także w latach 1950-ych świetnie nam znany James Smith Filozof z Waratah i odkrył pokłady srebra nad samym brzegiem morza i cynę w najbliższych wzgórzach. Teren dalej służył do pozyskiwania drewna, jako małe zagłębie górnicze i rolnicze. Dobra te wywożono małymi łodziami ładowanymi z pomostu na miejscowym potoku. Aż w końcu zbudowano mosty nad Forth i Leven i pociągnięto drogę wzdłuż morza (1868). Gdy wybudowano linię kolejową w 1901 miasto wyjrzało na świat.
    Nazwę nadał posiadacz pięknej spiżowej statui w Miejskim Parku Launceston Ronald Campbell Gunn (1908), dla podkreślenia kolonii pingwinów występujących w najbliższej okolicy. Wszyscy traktują to jako świetny żart, a najbardziej się tym bawią sami mieszkańcy, których trzeba chyba nazywać Pingwinianami. Wszelako Indks Nazw Tasmańskich uświadamia, że Gunn nie był znowu taki oryginalny, gdyż tubylcy to miejsce nazywali Tomenyenna, co oznaczało po prostu Pingwin. Wcześniej jakoś mieszkańcy nie mogli się zdecydować i używali różnych nazw: Lodder, Clerckville, Summerton i Seaport. Mimo tych rozterek w międzyczasie osadę ogłoszono miastem (1875), naprawdę nie wiem pod jaką nazwą.

    Na nadmorskiej ścieżce dydaktycznej doszło do zmiany tematu lekcji. Pojawiły się obrazki z zakresu pingwinizmu, czyli podstawowe informacje o pingwinach. Pierwszy obrazek podpisany jest 3-4 tygodniowe małe pisklę pingwina (Eudyptula minor), Następny ma taki podpis: 5-o tygodniowe pisklę pingwina z dopiero co wyrośniętymi piórami na głowie. Jeszcze następny: 7 tygodniowe pisklę pingwina, które wkrótce wyruszyć popatrzeć na morze. Dalej: dorosłe pingwiny w pobliżu swoich gniazd., Wreszcie: dorosły pingwin, który właśnie karmił pisklęta. Do tego dochodzą liczne wizerunki porozrzucane po całym miasteczku.

    Cały czas chodzi o jeden gatunek pingwina charakterystycznego dla południowych wybrzeży Australii i Tasmanii. Nazywają go tu fairy penguin, co można tłumaczyć jako pingwin bajeczny. Nazwa łacińska gatunku brzmi Eudyptula minor. Tajemnicza sprawa jest z tą eudyptulą, bo nie wykazuje jej żaden słownik łaciński, a na dodatek jest to słowo użyte tylko do tego gatunku pingwina. A minor to po prostu malutki.
    I mimo, że jego pomnik w mieście jego imienia jest największy na świecie, to ten gatunek jest najmniejszy ze wszystkich. Mają zaledwie 30 cm wysokości i nie ważą więcej niż kilogram. Jak torebka cukru. Fraczek mają niebieski, prawie granatowy, natomiast gorset biały. Ich upierzenie działa jak pianka neoprenowa: jest wodoodporne.

    Wyobrażam sobie lekcję patriotyzmu w miejscowym przedszkolu. Dzieci intonują taki oto wiersz patriotyczny:
        Kto ty jesteś?
        Pingwin mały.
        Jaki znak twój?
        Gorset biały.


    Pod koniec ścieżki mijamy miejscowy kościół, a zaraz za nim pojawia się długi żółty budynek licowany poziomym siding’iem. Tablica ogłasza, że to stacja kolejowa. Idziemy sprawdzić. Rzeczywiście. Są tory i jest peron. Nie widać pasażerów, ani pociągu. Zresztą przez cały pobyt na Tasmanii, mimo wielokrotnego przekraczania torów nie zobaczyłem ani jednego pociągu, jakby ktoś przed nami jechał i wołał: chować się, chować. Gdy wychodziliśmy ze stacji jakaś starsza kobieta przyskoczyła do nas i pokazując mostek na rzece pełna emocji oświadczyła szeptem spiskowca, że tam, pod mostkiem pływa dziobak. I że to szalenie rzadka okazja, bo są bardzo płochliwe.
    - O! Super! Dziękujemy! - No i pognaliśmy we wskazane miejsce. Niestety, nawet najbardziej intensywne wgapywanie się w ciemną toń wody nie wyczarowało nam dziobaka. Wracamy więc powoli w stronę samochodu. W drodze powrotnej przechodzimy przez park opatrzony dumną tablicą hiscutt park, gdzie nas czarowały różne kwiaty. M. opanowała kwiecista żądza uwieczniania i zaczął je utrwalać. Mnie osobiście kwiaty nie biorą więcej niż krowę trawa, więc tylko udaję zachwyt nad miejscową przyrodą.
    Na końcu parku stoi wiatrak opodal stawku. To dar osadników pochodzenia holenderskiego złożony na gminnej ziemi w 1985 roku. Tabliczka wyraża wdzięczność holenderskich osadników za przytulenie ich do nowej ojczyźny, ale szczególnie wyróżnia pewną holenderską kobietę: Janneti Tjaers. To ładny gest. Wykazuje on zrozumienie dla relatywizmu w zakresie zbawiania świata. To co dobre dla wszystkich, może być dokonane kosztem pewnych jednostek, a najczęściej ich ofiarami są oczywiście kobiety. Gdy szanowny małżonek robi dobrze całemu światu tułając się po dalekich morzach, to dla jego małżonki jest to czas przymusowej wstrzemięźliwości, cichych nocy i dni, harówy za dwoje lub i więcej, a wreszcie strachu. To kosztem tej kobiety istnieje Tasmania, bo miała ona szczęście/nieszczęście (niepotrzebne skreślić) wyjść za mąż za Abel’a Tasman’a. Wiatraczek kręci się na jej cześć.
    Podobno jest to replika wiatraka z Nieuwegen k. Utrechtu pomniejszona trzykrotnie. Na portalu miasta Penguin jest nawet krótkie wyjaśnienie technicznego zastosowania wiatraków. Powszechnie uważa się, że – tak jak u nas – służyły one do mielenia mąki. Dowiaduję się, że także pracowały jako napęd dla tartaków, ale przede wszystkim do pomp usywających wodę z wewnątrzkrajowej niecki przez całe dzieje zalewanej przez morze i rzeki.     Wreszcie wracamy do źródła miejscowej informacji. Koło poczty spotykamy jeszcze jednego pingwina. Chyba symbolizuje młodzież miasta Penguin, bo stoi na deskorolce i ma założony łańcuch na szyi. No i ta naburmuszona mina. W Visitor Centre spotykamy człowieka w naszym wieku, który rzeczywiście znał odpowiedź na każde nasze pytanie, także te, których wcale mu nie zadaliśmy, ale on już wiedział, że w niedalekiej przyszłości będziemy mieli ochotę je zadać. Od słowa do słowa, zapytał skąd jesteśmy. Po procedurze wyjaśniania szczegółów geograficznych facet uśmiechnął się od ucha do ucha i oświadczył nam, że jego rodzice wywodzą się z terenów dzisiejszej Polski, a konkretnie Mazur.
    Na to nie byliśmy przygotowani. Mimo wszystko należało nam się jakieś wyjaśnienie. Wcale nam go nie skąpił. Otóż jego rodzina to autochtoni z naszych dzisiejszych Mazur. Jestem pewien, że to on użył tą nazwę. On ma nazwisko Ramka, ale było ono przekształcane zależnie od aktualnie w Prusach panującego państwa. Raz było po polsku Ramka, a innym razem po niemiecku Ramke, a nawet Rämke, aż stanęło na Ramka. Jego rodzice postanowili zmienić tą niepewną sytuację narodowościową i wyemigrowali do Afryki Południowej, gdzie on się urodził. Jednak w młodości wyemigrował do Australii, gdzie mieszkał, ożenił się i wychował dzieci gdzieś na wschodnim wybrzeżu, a następnie na Tasmanię. Tu pan Ramka założył małą firmę pod nazwą „Whynot” (Czemunie), która to nazwa była standardową odpowiedzią na typowe pytanie przyjaciół:
    - Ale czemu, do cholery, akurat na Tasmanię?     – W tym zapytaniu było zawarte przerażenie, jakie ta nazwa zwykle wywołuje u Australijczyków kontynentalnych.
    - Why not? (A czemu nie?) – Odpowiadał zawsze zaczepnie pan Ramka, bo chyba właściwie nie miał żadnej rozsądnej odpowiedzi.
    Gdy pan Ramka zaczął nam opowiadać o swoich korzeniach i z wielkim przekonywaniem tłumaczyć perturbacje z nazwiskiem, które kiwało się między formą niemiecką, a polską (to charakterystyczny efekt dla ludów podbitych) zrozumiałem, że mam przed sobą najprawdziwszego pod słońcem Prusa. Być może ostatniego żywego Prusa na świecie. Od razu spytałem, czy wie co po polsku znaczy ramka. Wiedział.
    Strasznie mnie to podnieciło. Gdy tylko wróciłem do kraju zacząłem oglądać się za przodkami p. Ramki. A w trakcie pisarskiej wędrówki przez Derby trafiłem na następne osoby ewidentnie pochodzenia pruskiego: rodzina Krushka. I tak przez sąsiada trafiłem na portal o Prusach, o którym już pisałem przy Derby.

Piotr Kulbicki z podróży 2010 rok

MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Początek Strony