KONTAKT

MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Licznik


S O S
Grzegorz Białuński
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
<< Historia Eseje Listy

MAŁY WAJDELOTA

    Moja opowieść wydarzyła się przed wieloma wiekami, w krainach wypełnionych jeziorami i puszczami. Na ziemiach zwanych przez innych Prusami. Przyszedłem na świat wiele lat po strasznej wojnie. Wówczas to rycerze z krzyżem na płaszczach obrócili nasze, tętniące życiem, krainy w perzynę. Większość naszych wojowników oddała w walkach życie. Wspominamy ich, nie inaczej niż, jako świętych ludzi, którzy ofiarowali się dla nas.
Do dziś jako duchy, przebywają między nami i wciąż opiekują się swoim ludem. W wyniku wspomianych walk, w mojej osadzie mieszkało niewielu dorosłych mężczyzn. Prawie wszyscy z nich mieli chociaż po dwie żony. Tak aby żadna z kobiet nie pozostała samotna.
    Nasi wojownicy odznaczali się wyjątkowym męstwem. Nie znam żadnej bitwy w której siły byłyby równe. Zawsze zmagali się z wielokrotnie liczniejszym i zakutym w stal przeciwnikiem. Nasi chłopcy wielokrotnie wciągali zbrojnych w zasadzki, bagna lub jary aby z pomocą dzikiej puszczy wybić wroga. Bezszelestnie podchodzili do przeciwnika ze wszystkich stron. Rozdzielone oddziały porozumiewały się naśladując głosy zwierząt. Gdy podeszli blisko rozdzierający puszczę ryk niedźwiedzia był sygnałem do uderzenia!
    Przed bitwą nasz dowódca schodził z konia i prowadził wojowników ku chwale. W pozarastanym terenie konnica nie miała lekkiego życia. I dzięki temu tak długo stawialiśmy opór. Czasem na polanach nasza jazda wyposażona w małe koniki z pręgą na grzbiecie dawała niezły wycisk zakonnym. Tajną pruską bronią były płaskie szerokie podkowy do jazdy po bagnistym obszarze. Dzieki temu nasze wierzchowce nie grzęzły w trzęsawiskach.
    Nasi wojownicy starannie się maskowali. Poubierani w skórzane ubrania i pomalowani doskonale zlewali się z otoczeniem. Poukrywani w zaroślach, w koronach drzew lub pod wodą czekali na dogodną dla siebie chwilę aby przeprowadzić uderzenie. Często rycerze przechodzili niemal na wyciągnięcie ręki obok nich i nic niepokojącego nie spostrzegali. Przepuszczaliśmy najpierw konnych pancernych, później pieszych. Gdy ci zaleźli się głęboko w puszczy uderzalismy na ich tabory i dopiero po tym rozprawialiśmy się z wojskiem. Nie było innej rady. Na dziesięciu wrogów przypadał jeden Prus broniący naszych ziem. Wyposażony w kilka drewnianych pałek i niewielką tarczę. Pałki, zakończone stalowym pierścieniem, druzgotały kości wrogów. Rzucaliśmy nimi celnie.
    Od sąsiadów, przez jakiś czas, mogliśmy sprowadzać: miecze, topory a nawet kusze. Jednak gdy wyzwoliliśmy się niemal całkowicie od zakonnej zarazy, nasi sąsiedzi przestali z nami handlować. Odwrócili się do nas plecami. Nasz bursztyn i skóry nic dla nich już nie znaczyły. Bez broni zaczęły się dla nas ciężkie czasy. Po pięćdziesięciu latach wojny nie było już nawet komu walczyć.

    Bardzo wiele opowiadano o naszej Znachorce. Jak ta stara kobieta dawniej pokonywała wrogów dzielnie, nawet bez broni w ręce. Zawsze gdy rycerze niszczyli naszą osadę Ona zostawała do końca na jej zgilaszczach. Nikogo się nie bała. Zwyciężcy znęcali się nad nią a później żądali jedzenia i picia dla siebie. Wszystko dzielnie znosiła. I czekała aż będą chcieli się posilić. Niby przestraszona i skulona czasem na kolanach wyszukiwała resztek pożywienia dla wojaków. Zmuszali ją aby wszystkiego najpierw sama spróbowała – tak mocno się bali. Oczywiście przynosiła im strawę a nawet wymiawiała, przy tym, cicho te słowa jak zaklęcia:
     To ja dla ciebie go daję.
Tak to rozumieli zbrojni, jednak każdy kęsk i cała woda były starannie zatrute. Znachorka mówiła nawet nazwę tego śmiertelnego ziela, które przynosiło zgubę jedzącym:
     Tojad, dla ciebie go daję.
Tym zwrotem prosiła ducha rośliny aby skutecznie jej pomógł. Sama znała odtrutkę a braciszkowie zakonni i ich pomocnicy ginęli w męczarniach. Dzieci Znachorki zabrała dawno temu wojna. Lecz ona sama w ten sposób odpłacała zamkowym za zgubę jej potomstwa.

    Miałem dziesięć lat gdy nasz świat wyglądał jeszcze tak jak wieki temu. Co prawda nas Wajdelota (czarownik) nie mieszkał już z nami w lauksie (osadzie) jednak przychodził tutaj często w odwiedziny i wspierał nas swoja wiedzą. Zawsze gdy tego potrzebowaliśmy.

    Nasz najdzielniejszy wojownik Kugis nosił przydomek "Niedźwiedź". To właśnie spotkanie z tym dzikim zwierzem wstrzymało na pewien czas jego barwne życie. Na jesieni zaczęło brakować nam jedzenia, wcześniej się to nie zdarzało jednak panowie z zamku przychodzili do naszych spichlerzy jak po swoje, czasem byli z nimi ich kapłani zabierający dziesięcinę niby dla swojego boga. Wspomniany dzielny młody człowiek wraz z kolegami ruszył, owej jesieni, w knieje na polowanie. Wzięli ze sobą tylko lekką broń na sarny. Zamierzali wrócić za kilka dni. Rozpierzchli się w gęstwinie aby nagonić zwierzynę, biegli po falowanym terenie pewnie przed siebie. Pomimo braku listowia nie wiadomo było nigdy co się czai za każdym pagórkiem. Sami też niczego złego się nie spodziewali - jak to młodzi. W jednym z takich zagłębień odpoczywał zraniony niedźwiedź. To właśnie na niego wpadł mój kolega. Dzikie stworzenia bywają nieobliczalne. Jedną łapą pogruchotał mu wszystkie pałki przytroczone do pasa a drugą rozciął mu skórę na plecach. Inni młodzi myśliwi zaraz nadbiegli i przy pomocy włóczni i strzał przepędzili misia. Niestety rany po niedźwiedziu okazały się brzemienne w skutkach.

    Rannego przynieśli trzymając za ręce i nogi dopiero późno w nocy. Znachorka kazała go położyć na twardej ławie i całego umyła, Rany wyglądały paskudnie: rozszarpane ciało na łopatce, krwawiąca głowa i pogruchotana noga. Dorośli przegonili dzieci pętające się pod nogami. Stara kobieta tego jednak nie mogła widzieć, była niemal ślepa. Powąchała rany. Wiedziała, że zakażenie było paskudne. My dzieci, chcieliśmy podejść jak najbliżej, jednak ja sam niewiele zobaczyłem.

    Ranny był nieprzytomny, charczał i płytko oddychał. Gorączka rozpalała jego ciało. Pobiegłem szybko po rodziców Kugisa. Wkrótce matka jego rodzona pojawiła się przy nim i pomagała w pielęgnacji. Przecierała go wodą, która mieszała się z jej łzami. Jednak z każdą chwilą, stan rannego się pogarszał. Jego ojciec stał z poważna miną, może się już z nim żegnał w myślach. Był twardym Prusem ale nie znał do końca serca matki. Ta podbiegła do niego szarpnęła go za dwie ręce i krzyknęła:
     - Sprowadź natychmiast Wajdelotę! On jeden umie wyprosić ocalenie Kugisa u naszych Bogów. Ojciec stał chwilę zmieszany, nic jednak nie powiedział zabrał kilka cenniejszych rzeczy z domu, owinął w skórę niedźwiedzia i pobiegł do chaty Wajdeloty.

    Tuż przed małym domkiem rozwiną swoje dary i zapukał do drzwi starca. Ujrzał go w drzwiach. Ten był już rytualnie ubrany, widocznie wcześniej się musiał przygotować. Wiedział po co jest ta nocna wizyta już za w czasu. A jednak to była prawda - umiał czytać w przyszłości. Schylił się nad przyniesionymi cennymi prezentami, otworzył małą zdobną szkatułkę i wyjął z niej pazury niedźwiedzi. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Ojciec tylko zacisnął zęby. Nie musieli nic mówić. Zrozumieli się bez słów. Razem ruszyli szybkim krokiem do osady.

    Na miejscu wszyscy zgromadzeni odsunęli się. Wajdelota rzucił wzrokiem tam gdzie kiedyś stał nasz święty dąb. Jego twarz skamieniała. Wypuścił zawiniątko z ręki. Na miejscu drzewa pozostał jedynie gruby pień. Misjonarze kazali go porąbać i postawili tam swój krzyż ale niedawno nasi chłopcy z wioski ten znak zabrali aby nie denerwował uzdrowiciela. Wkrótce młodzież szybko przyniosła drwa i słomę aby rozpalić ogień. Ustawiliśmy gałęzie w wielki krąg. Do jego środka weszła starszyzna z Wajdelotą. Każdy z nich miał maskę zwierzęcia na twarzy. Wilki, lisy, rysie, niedźwiedź i tur okrążyli Kugisa. Niektórzy nosili nawet całe płachy ze skór dzikich zwierząt. Przyozdobione w co się tylko dało! Poprzeszywane amuletami. Tylko jedna Znachorka miała pomalowaną twarz. Nie chciała założyć maski. Całe to zgromadzenie wyglądało dla mnie, jak duchy lasu, które przyszły naprawić błąd swojego lekkomyślnego dziecka.

    Stali tak w kręgu ognia a Wajdelota głośno prosił naszych Bogów o pomoc, zza ognia sam wyglądał niczym zjawa. Mówił do nich w jakimś niezrozumiałym języku. A jeśli nawet mówił po prusku to zmieniał końcówki tak aby chyba tylko Bogowie go zrozumieli. Jego potężny głos zwoływał Duchy puszczy, przybywające na pomoc ze wszystkich stron. Przez dym i ognie jego wizerunek rozmywał się. Później starszyzna otoczyła rannego i razem intonowali różne pieśni. Byłem za mały i nie widziałem dokładnie co robili rannemu. Chyba go później położyli na brzuchu. Co jakiś czas wrzucano garść ziół i ziemi do ognia a ten dymił i zmieniał kolory - jakby odpowiadał na ich wołania. Stałem i tak patrzyłem na te języki ognia, jednak oczy kleiły mi się co raz mocniej i nie wytrzymałem. Obudziłem się dopiero rano w domu. Nad moją głową wisiała na sznurach kolebka młodszego brata. Zakołysałem nią lecz była pusta. Widocznie matka wzięła wcześniej bobasa ze sobą. Nikogo ze starszych w chacie nie było. Wybiegłem przez uchylone drzwi.

    Wszyscy zgromadzili się wokół rannego. Jego kończyny i głowę polewali chłodną wodą, tułów miał owinięty jasnym płótnem a ciało przykryte skórami aby nie zmarzł. Znachorka trzymała na nim rękę i jakby z lekka się uśmiechała przez swoje zmarszczki. W drugiej ręce dzierżyła świeżo wyrwane korzenie żywokostu. Wajdelota stał w oddali i przygotowywał różne mikstury. Jedna z matek cichutko śpiewała.

Szturchnąłem jakiegoś młodego chłopaka i znacząco pokazałem głową na leżącego. Ten pokazał mi ręką na mały stołeczek, na którym leżał czysty nóż, kilka zakrwawionych drzazg i połamane pazury. Lekko klepnąłem młodego w plecy:
     - Galdo, chodź nałowimy trochę ryb dla chorego, przydamy się!
Krzyknąłem i razem pobiegliśmy do rzeki. Nasze wędki stały w krzakach leszczyny tak jak je zostawiliśmy kilka dni temu. Nikt ich nie ruszał bo nie domyślał się, że taką sprytną wymyśliliśmy kryjówkę na nie. W południe wracaliśmy do domu z wiadrem pełnym maleńkich ryb. Chcieliśmy zrobić psikusa jednemu ze starszych chłopaków, który właśnie leżał na trawie i odpoczywał. Już go miałem chlusnąć zimną wodą ale w oddali, przez chwilę, zobaczyłem kątem oka biegnącego Laukego.

Pobiegliśmy do niego ochoczo. Tak oto napotkaliśmy na polanie ucznia naszego Wajdeloty – mądrego chłopaka . Był starszy od nas o kilka lat. Chcieliśmy dowiedzieć się od niego jak nasz uzdrowiciel zdołał pokonać tak ciężką chorobę. Z początku Lauke nie chciał rozmawiać z pętakami. Ale w końcu dał się przekonać. Wstał i wyprostował się. Rzekł jakieś zaklęcie i zaczął wspominać jak każdy skrawek poszarpanego ciała owego nieszczęsnego Kugisa trzeba było przeszukiwać w celu znalezienia wszystkich pazurów, drzazg i innych obcych ciał. Każde wybrzuszenie i nierówność Wajdelota badał swymi opuszkami palców, jak najczulszymi narzędziami. Nie mógł niczego przeoczyć. Resztę organizmu, ów nieszczęśnik, miał całkiem zdrowe i tylko w miejscach uderzenia należało szukać przyczyny choroby. Wspominał z dumą działania swojego mistrza, w końcu zebranie wszystkich drzazg zabrało mu pół nocy. Nie chciał się łatwo poddać. Najmniejszy błąd czy przeoczenie oznaczałoby wyrok na Kugisa. Jeszcze raz Wajdelota okazał swą wielkość.
     - A dla czego mówił tak aby go nikt nie zrozumiał?
- Śpiewał dla Duchów naszych przodków w staro-pruskim, to był dawniej przecież ich język ojczysty. Natomiast z Bogami rozmawiał w myślach.
Komitywa nie trwała długo i znów podpadliśmy Laukemu.
     - A czy nas to ty umiałbyś uzdrowić?
     - Zaraz wam pozawiązuję wasze rozdwojone języki!


I uciekaliśmy co sił w nogach. Dzieciństwo ma jednak swoje beztroskie prawa. Oby tak zawsze było. Dni mijały a ja nie narzekałem.

Cień ucznia Lauke


Już z daleka dało się słyszeć głos naszego Czarownika:
     - Ludzie moi drodzy, słuchajcie mnie! Dziś Lauke myślał o mnie a ja o nim. I tak wspólne myśli splotły się. W ten sposób wyjawił mi swoją ostatnią wolę. Jest śmiertelnie ranny i chce odejść w spokoju i samotności. Znajdziemy go łatwo na urwisku w zakolu rzeki. Leży tam na Matce Ziemi a ptaki śpiewają mu do snu. Abyście uwierzyli, że to wszystko co rzekłem jest prawdą u jego wezgłowia znajdziecie wbitą włócznię z proporcem a pod nogami miecz zdobyty na wrogu. Uszanujcie jego wolę i tam dziś nie idźcie. W raz z zachodem słońca odejdzie do Krainy Duchów.

Następnego dnia przynieśli ciało naszego kolegi. We wsi dało się wyczuć ulgę. Matka Laukego nie płakała lecz miała nawet dumną minę. Tylko Wajdelota miał poważną twarz, nie mógł ukryć smutku. Jego ostatnia nadzieja odeszła wraz z tym chłopakiem. Jego jedynym uczniem. Wszyscy to czuli i wiedzieli. Zazwyczaj zmarłego trzymaliśmy przed domem długi czas. Nawet miesiącami. Był ochładzany i w ten sposób jego ciało nie ulegało rozkładowi. Prusowie znali wiele różnych sztuk. Panujący chrześcijanie zabronili nam tych odwiecznych praktyk. Ale palenia zmarłych tak łatwo nie da się nam wykorzenić.

Szybko ułożyliśmy stos i umieściliśmy na nim odświętnie ubranego Laukego. Jego brat wziął miecz, zgiął go rytualnie aby nikogo już nigdy nie zranił i cisnął do ognia. Płomienie strzelały pod niebo. Nikt nie pamiętał czy była to niedziela bo od niedawna tak kazano nam odmierzać dni. Jednak takiego ogniska nie dało się ukryć a do tego śpiewy i tańce! Dudnienie niosło się po horyzont. To mogło sprowadzić rycerzy z zamku zaniepokojonych powrotem dawnych tradycji. Matka Laukego nie pozwoliłaby na to. Wybiegła traktem „zamkowym” i szła tak pół nocy aż rankiem natrafiła na mnichów zmierzających do naszej wioski. Nie docenili mądrości tej kobiety. Zobaczcie jak skutecznie wyprowadziła ich w pole. Przed wyjściem ubrudziła nieco twarz popiołem i wysmarowała fartuch krwią. Z daleka ich pozdrowiła i machała ręką. Podbiegła i krzyknęła:
     - Szlachetni panowie, w naszej osadzie zalęgło się złe: trzoda dostała krwistych plam a dzieciaki mdleją z gorączki. Tylko wasza mądrość i modlitwa może nas ocalić. Odskoczyli jak oparzeni i przez miesiąc nikt zamkowy do nas nie zaglądał.

Pewnego razu, gdy wracałem do wioski zaczepił mnie nasz Wajdelota. Dał mi łuk. Mały, powyginany i bardzo mocny. W końcu ktoś ujrzał we mnie mężczyznę. Wkrótce strzelałem do pnia brzozy. Z bliska nawet celnie. Tylko z daleka za dobrze mnie nie szło. Wieczorem jeszcze raz spotkałem się z tym starcem, wyglądało to na przypadek. Zapytał czy zostanę myśliwym.
     - Tak jak mój ojciec - odparłem z dumą,
- Bierz z niego przykład - to dobry człowiek!
     Usiadł na pieńku i powoli dobierał słowa:
     - Masz 10 lat i jeszcze wszystkiego nie możesz pojąć, nasi ludzie walczą z wrogami od dawna, jednak nic na tym nie zyskaliśmy. Może zamiast bronią walczył byś głową? Masz słabe ręce - nie dorzucisz daleko włócznią czy pałką. Twoja lewa ręka nie blokuje się w łokciu, tak że łucznikiem dobrym też raczej nie zostaniesz. Zresztą wojownicy żyją bardzo krótko. W ziemi też nie lubisz się grzebać. Może chciałbyś poznać mądrość naszych przodków?
Zamurowało mnie. Chwilę milczałem a potem odparłem:

     - Nie wiem czy nie jestem za mały, mam 10 lat. Lauke zaczynał naukę gdy skończył 12. To chyba za wcześnie. Dla mnie.
     - Oczywiście, masz rację. Jednak jeśli zapamiętasz wszystko, to w swoim czasie będziesz mógł zdobytą wiedzę wykorzystać. No to zgoda?
     - Zgoda!

I klasnął dłonią o swe udo.

W ciągu krótkiego czasu dane mi było spotkać się ponownie z Wajdelotą. Tym razem ja też byłem odświętnie ubrany. Moi rodzice stali za mną dumni i wyprostowani. Wajdelota głośno zaintonował:
     - Jak wiecie mój uczeń Lauke wrócił do Krainy Duchów. Przeto dla Was wybrałem innego młodzieńca aby przekazać mu wiedzę naszych przodków. Nauczyć go naszych opowieści i zwyczajów. Pokazać mu naszą bogatą duchowość. To wszystko ma przekazać za wiele lat swojemu następcy a on swojemu aby nasze obyczaje i wiara trwały. Bo dopóki one trwają my trwamy.

Nic z tego nie rozumiałem ale byłem bardzo szczęśliwy. Obiecałem sobie w duchu, że dotrzymam słowa, obojętnie ile mnie to będzie kosztowało. Wydaje się, że byłem za młody aby to wszystko pojąć ale podjąłem wyzwanie. Tak to zaczął się dla mnie okres wytężonej pracy. Dla mnie i dla mojego ludu. Stary wytrwale przekazywał mi mądrości. I rzekł:

     - Wszystko co cię nauczyłem wkrótce sam wypróbujesz.

Zebrałem się na odwagę i zagadnąłem starca:
     - Wajdeloto czy podczas ostatniego uzdrawiania rozmawiałeś z Duchami?
- Owszem.
     - A czy to one uzdrowiły naszego Kugisa-Niedźwiedzia?
    - Tym razem wskazały mi tylko drogę, wielokrotnie otrzymywałem odpowiedź, że wszystko co potrzebuję do wyleczenia jest koło mnie. Nie było to zbyt jasne czy to jest kora brzozy czy korzeń tkwiący głęboko pod ziemią. Koło, jak wiesz, ma wiele znaczeń. Mógł to być równie dobrze inny człowiek. Czas naglił. Musiałem to wiedzieć bo jego akurat mieliśmy naprawdę niewiele.
     - I wiedziałeś!
Nic nie powiedział. Widziałem tylko jak się uśmiechną nieznacznie. Był zadowolony, a jeszcze bardziej my wszyscy.

Mądrości


Po cichu podszedłem pod domek Wajdeloty, chciałem posłuchać o czym rozprawiają dorośli. Położyłem rękę mocno na twarzy aby nie wydać żadnego dźwięku. Mówili szeptem tak, że nie wiem kto co mówił. Były to obserwacje starszyzny i ich mądrości. A oto co dotarło do moich uszu:


     - Naszą płodną Matkę Ziemię, chcą zastąpić swoją jałową Marią dziewicą. Przesłuchują naszych ludzi kilka razy w roku. Jak to możliwe aby zwykłe dziewczę, które nie było boginią mogło urodzić boga? Nie pojmuję jak “ich” wiecznego i nieśmiertelnego boga mogli zabić zwykli ludzie? Dlaczego uważają, że człowiek jest zły i to oni mają za zadanie go poprawić. Dlaczego nie zmieniają na lepsze tych zbirów z zamku, tylko nas mieszkańców tej ziemi?
     - Ci mnisi nam tego nigdy nie wyjaśnią, to wszystko się nie trzyma kupy.
     - My rozmawiamy z naszymi Duchami i umiemy wiele wyjednać. Oni tylko klepią w kółko pacierze, których i tak nikt nie słucha, nikt na nie również nie odpowiada – taka jest ta ich niby to religia.


Trzymałem się obydwoma rękoma za usta aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku ale zamyśliłem się i oparłem o drzwi. Te otwarły się z hukiem i wpadłem do środka. Wajdelota nie zmieszał się i błyskawicznie zmienił temat. Pokazał mi jakąś bryłkę:

     - Wiesz jak Mazowszanie zwą ten żółty ciężki metal?
- Chyba To-Zło?
     - Złoto – mój chłopcze, widzisz jaką mądrość zawarli w tej krótkiej nazwie. Ten metal przynosi nieszczęście. Ludzie tracą przez niego rozum. Metal, z którego nie wykonasz ani broni ani narzędzi jest dla nich taki ważny.


Wziął siekierę, którą dostał od Mazowszan, a może ją tam zdobył i porąbał swój talizman. Ten Krzyż równoramienny, który zawsze miał przy sobie. Myślałem, że chciał gozniszczyć, ale nie. Wręczył mi taki okaleczony krzyż, który już przestał być równoramienny i krzyknął:
- Noś go na wierzchu aby Cię chronił!.
    
Nie do końca go usłuchałem i przypiąłem go do rzemienia u paska. Wiele dni później gdy nadjechali obcy rycerze podniosłem ten krzyż do góry i krzyknąłem zaklęcie jakie nauczył mnie stary Wajdelota:
     -Kristos, Kristos!.
Oni tylko poparzyli na mnie i odjechali. Zostawili mnie i osadę w spokoju. Stary dał mi trochę swej mądrości, teraz zaczynałem to doceniać.

Odejście Wajdeloty


Wilki przez całą noc ujadały do księżyca. Psy gryzły pętające je rzemienie. Rano słońce było jakby większe i bardziej krwawe niż poprzedniego ranka. Niby cisza a jednak niepokój przeszywał okolicę. Zbrojni rycerze jak zbójcy wbiegli o brzasku do naszej wioski. Wajdelota zauważył ten niespodziewany atak, dorzucił słomy do wiecznie palącego się świętego ognia. Słup mlecznego dymu wystrzelił prosto w górę. Dając wymowny znak całej okolicy. W ten sposób od wieków jeden lauks ostrzegał sąsiadów o najeździe i wzywał pomocy.

Rycerze w płaszczach pobiegli natychmiast za Wajdelotą. On pochodnią podpalał zapasy chrustu, słomę koło swojego domu i w końcu swoją chatę. Gryzący dym wypełnił powietrze, mało co było widać. Pamiętam jak widziałem go po raz ostatni, spojrzał na mnie przenikliwie i rozpłynął się w tej mgle jak duch.

Początek drogi


Później widziałem jak rąbali nasz święty gaj, w którym mieszkały Duchy i gdzie stary Wajdelota z nimi rozmawiał. Teraz stoi tam wielki krzyż. Nikt tam już nie chodzi. Oczywiście jak go nie zmuszają.

Nadeszła zima. Stary znajomy Kugis, znów wdał się w jakąś rozróbę i przynieśli go o zmroku ciężko rannego. Przy nim była jego młodsza żona. Patrzyła po przybyłych błagalnym wzrokiem. Na mnie go jednak nie zatrzymała. Nie umiałem przecież leczyć. W środku mnie skręcało i było mi bardzo wstyd, że przez jakiś czas jeszcze nasi ludzie będą pozbawieni uzdrowiciela. A ja tak niewiele jeszcze wiedziałem. W tej osadzie nie było już Wajdeloty, który uratowałby tego dzielnego człowieka. Znachorka zniedołężniała ze starości, już nie chodziła a jej ręce były niesprawne. Jednak akurat w pobliżu byli mnisi i zgodzili się przyjść! Wszyscy z niecierpliwością ich oczekiwali, chcieli zobaczyć jak oni odprawiają te obce nam czary. Ich kapłan był całkiem młody i krótko ostrzyżony, wszyscy zastanawiali się czy podoła. W zasadzie mógłby być zaprzeczeniem naszego Wajdeloty. Miał on ze sobą metalowy krzyż i używał go do swoich zaklęć, mówił też w jakimś nieznanym języku. Ja w jego głosie słyszałem wiele wyrazów kończących się na s i przez to wydawał się ten język podobny do pruskiego.

Modlił się długo i żarliwie, klękał i podnosił ręce ku niebu, położył krzyż na rannym, jednak jego czary chyba za dobre raczej nie były. Kugis pluł krwią, Kapłan nie przestawał, teraz zaczął śpiewać i wyciągnął jakąś książkę. Nie użył żadnych ziół, nie dotknął ran. Wieczorem oczy Kugisa zrobiły się szklane i twarz przybrała wyraz bólu i taką już została. Ksiądz z zamku powiedział, że taka jest wola jego boga aby ten młody wojownik odszedł do wieczności. Mnisi wzięli zapłatę i poszli sobie. Starsza żona Kugisa położyła głowę na jego piersi. W ręce trzymała dorosłą żmiję. Przystawiła ją do głowy ukochanego. Nie podnosiła głowy dopóki serce tego mężczyzny nie przestało bić. Przez całą noc słychać było szlochanie młodej kobiety.

Dwa lata po tych wydarzeniach, gdy miałem już lat 12. Zamknąłem się sam w szałasie, musiałem przemyśleć pewne rzeczy. Siedziałem tak całą noc. Byłem głodny i już kleiły mi się oczy, ze zmęczenia, gdy na jawie zobaczyłem starego dobrego Wajdelotę, który rzekł stanowczo:
     - Dlaczego nie chcesz rozmawiać z naszymi duchami? Już jesteś gotowy - idź do nich!
     - Duchy przecież nie mają ciała - broniłem się jednak mało skutecznie.
     - To im nie przeszkadza w rozmowie, idź na wzgórze! Wiedz, że czekają na Ciebie, nie ociągaj się!

Jego wzrok wymusił na mnie błyskawiczne posłuszeństwo. Wyprostowałem się nagle i ruszyłem przed siebie, niczego się już nie bałem. Wiele lat czekałem na tę chwilę.
Wracając zawitałem do naszego kowala i poprosiłem o narzędzia. Wziąłem ten metalowy krzyż Wajdeloty i teraz ja go porąbałem i wygładziłem. Przez to zrobił się mały ale w końcu wrócił mu dawny kształt. Stał się ponownie równoramienny. Cały dzień polerowałem go z zadziorów. Wieczorem zawiesiłem go na szyi i schowałem pod koszulą.

Od tej chwili przez długie lata nasz lauks posiadał własnego Wajdelotę. Wiele razy Duchy mi pomogły, wiele przeszedłem ale się nie poddałem. Trudna droga, jak widać, była mi pisana. Tak działałem aby życie naszych ludzi było godne i wartościowe. Wszyscy czekaliśmy na nadzieję, którą miała przynieść nam przyszłość.

Opowieść tą przelał na papier, urzeczony starożytnymi Prusami

Tomasz Zieliński, 2015



MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Początek Strony