KONTAKT

MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Licznik


S O S
Grzegorz Białuński
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
PUBLIKACJE
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
<< PRUSOWIE O KURPIACH home

KURPIE Z ORĘŻEM W GOTOWOŚCI


     Nie spotyka się takiej drugiej społeczności która by na przestrzeni wieków była zawsze w bojowej gotowości jak Kurpie. Jak się to zwykle czyni, jak czegoś nie rozumiemy zadajemy pytania i szukamy na nie odpowiedzi: Skąd się wzięła ta gotowość? Czy była potrzeba do tej gotowości? Czy Kurpie prowadzili zbrojne wypady? Czy była to agresywna społeczność? Czy prowadzili jakąś terytorialną ekspansję? Skąd u nich taka wielka bitność?

     I tak dalej, można by zadawać jeszcze wiele pytań, ale wrócmy do odnalezienia odpowiedzi na zadane pytania.

     Puszcza Galindzka, jej fizycznym przedłużeniem jest Zielony bór, a od niego tylko rzut kamieniem do pruskich prowincji. Sama Galindia w trakcie podboju Prus była opustoszała, ludnośc występowała śladowo i w podboju nie są znane fakty szczególnego oporu.
     Jak podają nam kroniki, podczas II-go pruskiego powstania wódz Pogezan Linka w roku 1273 roku razem z Bartami uderzył na Elbląg, pomimo ciężkich strat zadanych Krzyżakom nie poradził gdyż doszły posiłki z Niemiec i nie pozwoliły jemu na zdobycie tej twierdzy. Po upływie roku krzyżactwo z europejskim rycerstwem uderzyło na twierdzę Pogezan - Lidzbark Warmiński. Obrońcy z niewystarczającymi siłami nie byli w stanie stawić oporu i musieli ją opuścić. W roku 1277 mistrz krzyżacki, słynący z okrucieństwa Konrad von Thierberg napadł na zbuntowaną Pogezanię mordując, biorąc w niewolę i przesiedlając ludność prowincji. Wódz Pogezan, Linka, na pewno nie poległ i nie był pojmany przez wrogów, ale śladu po sobie nie pozostawił. Nie miało by to wielkiego znaczenia w dyskusji gdyby nie przekazy, że część Pogezan po tych niepowodzeniach uciekła od Krzyżaków i przemieściła się na tereny pustej Galindii. Dalsze ich losy nie są nam znane. Pogezanie był to bardzo bitny lud i spotykały ich od Krzyżaków częste bardzo okrutne represje. Hipoteza, że ich ucieczka skończyła się w Zielonym borze i Puszczaki są ich potomkami żyjącymi w tak zwartym zorganizowanym etnosie nie może być niczym innym zastąpiona. Na próżno szukać tego wątku w literaturze.



     Mając tóż za miedzą barbarzyńskie sąsiedztwo Krzyżaków, ludność Puszczaków musiała być zawsze na baczności przy ciągłym niebezpieczeństwie wykrycia ich nowego siedliska. Zniknięcie Linki trzeba interpretować, że zrezygnował z nierównej walki i wyprowadził swoich ludzi z zagrożonej Pogezani z wieloma wojownikami, weteranami walk. Ten walor bojowej organizacji przetrwał z nimi, nie mieli Akademi Wojskowej a potrafili być zawsze w szyku bojowym i toczyć bitwy pomimo że nie byli licznym ludem. Gdzie jest drugi taki region w Polsce z cywilną ludnością w którym z miejsca najeżdzca jest atakowany ?

     Na uwagę zasługuje włącznie z pytaniem, dlaczego Kurpie osiedlili się w tak trudnych warunkach jakim był Zielony bór? Wybór musiał był wynikiem ucieczki żeby osiedlenie się w tak trudnym środowisku nie dawało szans dla najeżdzcy a było doskonałym do obrony. W życiu nic się nie dzieje bez przyczyny.

     Dokonane mordy na Prusach nie pozostały u nich bez echa i z pewnością na pokolenia o tym pamiętali.

     Kurpii nigdy nie cechowała zaborczość, tak było również z Prusami nie prowadzili wojen o zdobycze terytorialne a jeśli chodzi o bitność to w imię ochrony rodziny i jej wolności Kurpie zawsze gotowi byli na wszystko.

O Kurpiach bitności, waleczności cytujemy co napisali inni :

WALDEMAR KONTEWICZ

Na moich pierwszych lekcjach fizyki w roku 1975
w szkolnych ławkach Puszczy Zielonej
siedzieli potomkowie Puszczonów (i) –
Prusik, Merchel, Gołda, Olender, Parzych
z Żelaznej Prywatnej, Brodowych Łąk,
Myszyńca, Kadzidła, Jednorożca, Małowidza
- tych, którzy to w roku 1708 samego
Karolusa XII Szwedzkiego omal nie ubili
i spraw słabej Rzeczypospolitej nie rozwiązali.
* * *

"Kurpie stawiali wówczas opór zbrojny każdemu, kto właził w ich lasy. Karol XII obrał szlak właśnie przez puszczę, na Myszyniec. Doznał paru przygód, zanim go spalił. W nocy 21 czy też 22 stycznia 1708 roku strzelcy kurpiowscy wtargnęli do Brodowych Łąk, gdzie nocował. Na dalszy przebieg wojny nie wpłynęli, bo udało się im zabić tylko konia królewskiego i pewną ilość gemajnów. 23 stycznia kolumna szwedzka natknęła się na rzecz w wojnie partyzanckiej niespotykaną, na umocnioną pozycję Kurpiów pod Kopańskim Mostem. Marsz został wstrzymany, stu spieszonych dragonów poszło nocą w obchód. Dowództwo drobnego oddziałku, idącego po ciemku w nieznane, obsadzoneprzez świetnych strzelców, bagna i knieje, objął sam wódz naczelny, król. Schwytanych Kurpiów tracono. Niekiedy zmuszano ich, by wieszali jedni drugich." (ii)

* * *

W tymże wrześniu 1975
widziałem pożar Żelaznej Prywatnej,
jak ów w tamtym 1708.
Słomiane strzechy wybuchały,
jak pudełka zapałek, jedne za drugimi,
czerwony kur wzbijał się
do samego nieba i prychał wiechciem łuny.
Żelazne lemiesze topiły się na miejscu,
a oni Puszczony siedzieli na dachach
i bronili swych chałup drewnianymi wiadrami
nurzanymi w głębokich studniach wody
i niesprawiedliwej historii.

* * *

Wpis w dzienniku szwedzkiej wojennej wyprawy:
"1708 r., styczeń:
Ponieważ Wisła znów zamarzła, nasz Skaraborg Regiment mógł przekroczyć ją, choć z wielkim wysiłkiem, popychając wozy bez koni i przenosząc wszystko na swoich barkach. Po osiągnięciu drugiego brzegu rozłożyliśmy obóz na kilka dni w niewielkiej odległości od rzeki. Niedługo cieszyliśmy się odpoczynkiem.
Dostaliśmy rozkaz do wymarszu i kiedy tak maszerowaliśmy po beznadziejnie złych drogach, mój wujek umarł z wycieńczenia rankiem w domu jakiegoś szlachcica. Woziłem jego ciało przez dwa dni. W niedzielę kazałem go pochować na skraju jakiejś wsi, wtedy gdy stanęliśmy na odpoczynek. Nic się nie zmieniło w następnych dniach, wciąż maszerowaliśmy przez puszcze mazowieckie i Mazury.
W Czerwonym Borze wysłaliśmy nasze oddziały zwiadowcze aby zabiły wszystkich wieśniaków powyżej 15 lat. Bydło, którego nie mogliśmy zabrać z sobą zaganialiśmy do chałup i podpalaliśmy je. Wszystko to dla bezpieczeństwa jako, że mieszkańcy wiosek tyle zła naszemu marszowi poczyniali, nękając nas wszędzie i ciągle."
(iii)

     Opublikowany temat Kurpii jest wielce intrygującym, dlatego do powiększenia wiedzy polecam pozycję Bronisława Wojciechowskiego “Ignacy Przyjemski - starosta łomżyński, polityk lokalny czasów saskich”.
     Puszcza Zielona zwana również Zagajnicą na początku XVIII wieku rozciągała się na obszarze dwóch tysięcy kilometrów kwadratowych z zaludnieniem szacowanym na około dziesięciu tysięcy mieszkańców plus. Nie ma wiarygodnego spisu czy oceny z uzasadnieniem wielkości jej zaludnienia. W tych czasach zaczęto dopiero używać nazewnictwa Kurpie od noszonego przez nich obuwia z łyka. Opinia powszechna niedostępny lud, wręcz uważany za dzikich trudniących się bartnictwem, łowiectwem wśród nich także smolarze i drwale. W tym okresie zaczynały powstawać osady puszczańskie a największą z nich to Myszyniec z jedynym kościołem prowadzonym przez jezuitów z Łomży. Teren dziki wśród ogromnych borów z mokradłami i torfowiskami z ludnością niechętną do wszelkiej władzy. Dotrzeć do nich można było tylko podczas zimy kiedy wszystko zamarzało. Ale i tak niewielu było odważnych żeby zapuszczać się w ostępy ich puszczy.
     Z Puszczą Zieloną graniczył bór Czerwony należący do rewiru łomżyńskiego, uważanego za jeden z najbogatszych w Królestwie, a posiadanie jego starostwa pozostawało łakomym kęskiem dla magnaterii.
     Panem i władcą w pierwszej połowie XVIII wieku tej części Królestwa był kanclerz wielki koronny Jan Szembek z rodowodem mieszczucha krakowskiego. W jego też posiadaniu była Puszcza Zielona która dostarczała w obfitości drzewa, miodu z wieloma innymi leśnymi płodami. Południowa Ziemia ostrołęcka i łomżyńska była przeludniona, mieszkało tam 30-40 osób na 1 kilometrze kwadratowym bardzo licznie składającej się, jak niektórzy piszą, z drobnej butnej szlachty. Nic podobnego nieznanym było w Królestwie, 40 % ludności łomżyńskiej stanowiła drobna szlachta posiadająca zaledwie 16% całej ziemi. Służba pańszczyżniana stanowiła blisko 50% niewolniczej ludności. Wśród której występowało liczne zbiegostwo do wojska pruskiego. Na taki werbunek zezwalał traktat welawsko-bydgoski z 1657 roku. Na domiar tego na teren Polski wkraczały całe prusactwa oddziały wojska i porywały młodych rosłych mężczyzn.
     Już wtedy Rzeczpospolita pozostawała bezsilna. Nie można nie wspomnieć powiedzenia “od Sasa do lasa” króla Leszczyńskiego, kiedy organizowano oddziały ze strzelców kurpiowskich i zbiegów z innych oddziałów dla wsparcia króla. Stały się one postrachem dla zamożnego ziemiaństwa, które zezwalało na interwencję wojsk rosyjskich. “Póżną jesienią 1734 roku na ziemię łomżyńską wkroczyły znowu wojska rosyjskie pod dowództwem generała Bonina, zajmując, chyba bez walki, Łomżę i inne ważne punkty: w głąb puszczy oddziały te nie próbowały się jednak zapuszczać.” Zamożna szłachta z Szembekiem na czele pogodziła się z okupacją wojsk rosyjskich dla własnego bezpieczeństwa. Ruch wspierający króla Leszczyńskiego który uważany był za obrońcę ludu przed uciskiem, jego zdeterminowane stronnictwo znalazło się w ostępach puszczy Zielonej żeby kontynuować zbrojny opór. Taki był stan Rzeczpospolitej i nie można dziwić się, że w nie odległym czasie nastąpiły jej rozbiory i tak też było na Kurpiach w pierwszej połowie XVIII wieku. Błędnym jest, co niektórzy autorzy piszą, że ludność ziemi łomżyńskiej to ludność polska. Co do magnaterii, to nie ma wątpliwości, pochodziła z Królestwa, nie pochodziła z lokalnąej społeczności. Tak wielka liczba notowanej biedoty szlacheckiej i pańszczyznianej ludności, niespotykana jest w innych stronach Królestwa i tylko świadczyć może o obecności pruskiego etnosu co jest w zgodzie z badaniami prof. Jadwigi Chwalibińskiej. Sam fakt ucieczki do Puszczy Zielonej, podczas powstania, świadczy o związku etnosu pruskiego z mieszkańcami puszczy.


Poniższy cytat jest ze Staropolskiej Encyklopedii Zygmunta Gloger:




     Nazwisko rodu Zawadzkich blisko związane z Prusami chociaż podobno o korzeniach niemieckich i o pierwotnym nazwisku von Felden które zmienili na polsko brzmiące nazwisko Zakrzewski. Spokrewnieni z Prusami poprzez związek z von Pfeilsdorf (Pilewskimi), dzisiaj to pokrewieństwo jest ze wszystkimi monarchiami Europy. Jeden z nich był też w stopniu generała. Nie udało się znaleść informacji o podpułk. Szremerze.




     Podczas powstania styczniowego w Królestwie Polskim odnotowano około 1200 bitew i potyczek, w tym 253 na Mazowszu. W styczniową noc 1863 roku ruszyły do walki z carskim zaborcą zdeterminowani członkowie powstańczych oddziałów, z „gorącymi głowami” lecz słabo uzbrojeni, w strzelby lub w kosy. Również na Kurpiach Zielonych odczuwano gotowość powstańczą. Bronisław Deskur, dowódca konnych, pisał o niezwykłej chęci Kurpiów do walki. Lecz brak broni niweczył ów powstańczy zapał.
Obszar północno-wschodniej części województwa płockiego w planach powstańczych zaczął odgrywać ważną rolę już pod koniec 1862 roku. Planowano częściowe powstanie w regionach niedostępnych, albo tam, gdzie pewne było poparcie, np. w puszczy myszynieckiej. Wybrano jednak inny plan, ale i do pierwotnego częściowo powrócono. Wybór Płocka przez Padlewskiego na siedzibę rządu, przesuwał punkt ciężkości działań. Stefan Bobrowski, pozostawiony w Warszawie na czele Komitetu Wykonawczego, pisał do Padlewskiego na początku powstania, by nie wysyłał oddziałów na silne punkty lecz zbliżał się do Ostrołęki i skupiał siły na granicach, a stamtąd połączywszy się uprzednio z województwami łomżyńskim, podlaskim i augustowskim ruszył na Litwę. Broń zalecał Bobrowski kierować na Kurpie. Pisał gorączkowo: „Na Boga, utrzymaj się na granicy 8 dni i broń przybędzie, dlatego że już posłano ostatnią ratę – 15 000 rb. sr.”  Mimo że strategiczne rady Bobrowskiego nie trafiały do przyjaciela „wojewody”, to jednak sąsiedztwa z Prusami Wschodnimi Padlewski nie bagatelizował. Stąd przecież zamierzano zdobywać zapasy najbardziej deficytowego wyposażenia powstańczych oddziałów – broni. Rodaków z zaboru pruskiego zachęcano do zasilania powstania pieniędzmi, bronią, ochotnikami (odezwa z 7 lutego). Powstańcy co jakiś czas urządzali też wypady na komory celne w Dąbrowach (2 lutego i 8 marca) czy Chorzelach (3 lutego i 14 marca) 1863 roku. Dwa z nich (8 lutego przed bitwą pod Myszyńcem i 14 marca po bitwie drążdżewskiej) były udziałem Padlewskiego. Ten, gdy przeszedł na Kurpie, na prawą stronę Narwi, miał stosować się do instrukcji Rządu Narodowego, by m.in. zajmować komory celne i rozbijać kordony przygranicznej straży, tzw. objeszczikow. Rosjanie uważali, że położenie straży granicznej w Płockiem było gorsze niż gdzie indziej. Granicy pilnowała 6 rota wierzbołowska. Wypad 8 marca na Dąbrowy nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Broń, której oczekiwał Padlewski, została utracona, gdyż wcześniej zabrali ją Rosjanie, zapewne na skutek denuncjacji. Nie pierwszy i nie ostatni to przypadek nieudanej transakcji, który wpływał na skuteczność powstańczych oddziałów. Jedną z osób, która latem 1863 roku zaangażowała się w przerzut broni z Prus Wschodnich m.in. do kurpiowskich oddziałów w puszczy myszynieckiej, był student-poeta Wojciech Kętrzyński. We wrześniu 1863 roku, odpoczywający na Kurpiach oddział Kazimierza Kobylińskiego dostał propozycję od Władysława Brandta (niegdyś w Libawskim Pułku Piechoty) wypadu na komorę celną, gdzie składowano broń. Nie skorzystał z niej jednak.
Feliks Krzyżanowski
17 sierpnia 1863 roku Feliks Krzyżanowski został mianowany, przez naczelnika cywilnego powiatu ostrołęckiego – Zdzisława Marchwickiego, wydziałowym dostaw wojskowych w okręgu myszynieckim z całą władzą okręgowego, z zaleceniem natychmiastowego zajęcia się swoimi obowiązkami.
W świetle zaświadczenia wystawionego w Paryżu w 1865 roku, Krzyżanowski jako okręgowy „zajmował się z całą usilnością i poświęceniem i był bardzo pomocny w organizacji partii, jako to: w dostawie uzbrojenia, umontowania, równie jak dostarczaniem żywności i furażu, kupnem koni, zgromadzeniem funduszów wydatkami, w czym wszystkim dał dowody niepospolitej gorliwości i czystego patriotyzmu”. Był kwiecień 1864 roku, kiedy Feliks Krzyżanowski został mianowany, przez Zdzisława Marchwickiego, tym razem pełniącego obowiązki komisarza płockiego, na stanowisko naczelnika powiatu ostrołęckiego w organizacji narodowej. Marchwicki zwracał się do niego z usilną prośbą natychmiastowego ściągnięcia należnej pożyczki, aby wesprzeć naczelnika sił zbrojnych województwa płockiego (Teofila Olszańskiego). W tym czasie, gdy już powstanie dogorywało, Krzyżanowski należał do osób godnych zaufania. Ze znalezieniem innych naczelników powiatów Marchwicki miał problem. Wiemy o trwającej ponad rok działalności naczelnika Krzyżanowskiego również w Prusach, dokąd czasami przechodziły rozbite po walce oddziały powstańcze. Zebrał wówczas blisko 7 tysięcy złp, a rozchód wykazał na 13,7 tys. Do wydanych pieniędzy, ich różnicy wynoszącej 6,7 tys. złp. wróci latem 1865 roku w korespondencji z Komitetem Reprezentacyjnym Polskim w Paryżu. Będzie wówczas proponował uregulowanie należności w Prusach za pomoc powstańcom, oraz żołnierzom Rynarzewskiego i dla siebie, gdyż po starcie majątku i rodziny, przebywał na emigracji bez środków do życia. Działanie Krzyżanowskiego na tym obszarze pogranicza, od jesieni 1863 roku, było możliwe dlatego, że Rosjanie nie do końca zablokowali system powstańczej łączności oraz komunikacji na granicy Królestwa w Prusami Wschodnimi; aczkolwiek nie było swobodne i bez zagrożenia. W zachodniej części granicy województwa płockiego, Rosjanie poprzez całkowitą blokadę uniemożliwili organizację oddziałów i ich odbudowę oraz możliwość pozyskiwania broni.
Ochotnicze Kurpie
Pod koniec 1863 roku w Puszczy Zielonej podejmowane były skuteczne próby werbunku do oddziałów. Gdy w zachodniej części województwa płockiego z trudem pozyskiwano rekruta, na skutek wykrwawienia się ochotników, w częściach środkowej i wschodniej jeszcze w jesienią 1863 roku organizowały się świeże oddziały m.in. pod Kubickim, Palemonem Nowickim, a nade wszystko pod Konstantym Rynarzewskim, który na bitwę pod Stokiem, 5 maja 1863 roku, poszedł z koszar ostrołęckich jako oficer 22 niżegorodskiego pułku piechoty, a po bitwie przeszedł na stronę powstańców. Zorganizowany przez niego, jesienią 1863 roku, oddział, według Deskura, składał się wyłącznie z Kurpiów, poza adiutantem i dowódcą oddziałku kawalerii. Deskur oczywiście nieco przesadził.
Dzięki wspomnieniom Pawła Powierzy z oddziału Kazimierza Kobylińskiego mamy przekaz o samoorganizowaniu się Kurpiów na rzecz powstania. Powierza wspomina Nowaka, który dowodził 300-osobowym oddziałem, złożonym z samych Kurpiów. Autor wspomnień podaje, że była to postać sławna w powstaniu – „prosty Kurp, w postołach na nogach, w kurpiowskiej sukmanie. Swym sprytem i odwagą przyczynił on >>moskalom<< dużo szkód. Powierza przybliżył sposób nękania wroga. Pisał: „Gdy jakiś oddział wojsk nieprzyjacielskich przechodził przez lasy, zbierali się oni [Kurpie] na sygnał Nowaka i urządzali zasadzkę. Mieli fuzyjki, nabijane granulkami, a strzały ich były celne, bo od dzieciństwa wprawieni byli na polowaniach. Po bitwie każdy udawał się w swoją stronę i czekał nowego wyzwania. Po każdej zasadzce odbywały się we wszystkich okolicznych lasach obławy. Wojsko z pobliskich miast: Łomży, Ostrołęki, Kolna i Myszyńca przetrząsało dokładnie puszczę, lecz zwykle nikogo nie znajdowało. Sądzono, że powstańcy wyszli w inne strony, a oni znowu wyrastali, jak z pod ziemi, gdy nowy oddział wojsk przechodził przez lasy – i znosili go.”
Kurpiowska gościnność
Kraina Kurpiów dawała schronienie powstańcom będącym w nieustannej wędrówce. Bronisław Deskur wspominał, że gdy w marcu 1863 roku przebywał razem z Ignacym Mystkowskim (każdy z oddziałem) we wsi Grządki, położonej nad Świniarką, w parafii Krzynowłoga Wielka, spotkali się z życzliwością tubylców. Było to w czasie, gdy Padlewski kierował się na puszczę myszyniecką, a ich przeznaczył do organizowania zaplecza. Wprawdzie powstańcy w Grządkach mieli zaopatrzenie od organizacji powiatowej, która zaopatrywała w okolicznych folwarkach szlacheckich, ale skorzystali również z gościnności chłopów. Pisał: „na Kurpiach tydzień przeszło, gdzie mustrowaliśmy zebranych już ludzi, objedliśmy gromadę zupełnie. Posłał Mystkowski po wójta, aby obliczył co się gromadzie należy za wyżywienie żołnierzy, lecz ten przyszedłszy, skoro dowiedział się o co chodzi, z oburzeniem odpowiedział: >>Cóż to chcecie nam płacić, czy to nie nasz obowiązek dzieci własne żywić, czy my nie tacy Polacy jak wy, żebyśmy mieli brać pieniądze za marną strawę, kiedy wy życie dajecie dla Polski.” Według Deskura wiele o zaangażowaniu Kurpiów w powstanie można było wywnioskować na podstawie rękopisów Łukasza Podbielskiego, który walczył m.in. w oddziałach Władysława Cichorskiego „Zameczka” i Zygmunta Padlewskiego. Walczył pod Zarębami, Przetyczą Myszyńcem (ranny), Drążdżewem, Kietlanką, Osuchową i w innych miejscach.
Również Paweł Powierza wspomina, że gdy we wrześniu 1863 roku, zawitał pod Myszyniec oddział konny idący ze wschodu pod Kazimierzem Kobylińskim, pozostając tam dwa tygodnie, skorzystał z gościnności Kurpiów: „Kurpie sami trzymali pikietę, pilnowali naszych koni, a nawet odbywali podjazdy. Poczciwy ten lud – karmił nas, strzegł i dawał wszelkie możliwe wygody. Przez cały czas partyzancki tylko wśród nich użyliśmy prawdziwego wypoczynku”.
Na Kurpiach w czasie postoju oddziału Kobylińskiego przebywał również Kazimierz Narbutt, dowódca jednego z oddziałów litewskich, który następnie walczący na Podlasiu.
Ostatnia bitwa
Bitwa pod Myszyńcem, stoczona, 9 marca 1863 roku, pomiędzy oddziałami powstańczymi pod dowództwem Zygmunta Padlewskiego a Rosjanami zapadła w tradycję lokalną.
Dlatego warto przypomnieć inną – pod Żelazną, ważną co najmniej z dwóch powodów. Pierwszym jest fakt stoczenia jej przez oddziały zwerbowane niemal wyłącznie z Kurpiów , drugim jest czas jej rozegrania – listopad 1863 roku, gdy powstanie zaczynało dogorywać.
Na początku listopada połączone oddziały pod Rynarzewskim stoczyły, trwający około pięciu godzin, bój z kolumną wojsk carskich pod dowództwem podpułkownika Dewela i kapitana barona Arnshofena.
Rynarzewski stacjonował w Wolkowych, pomiędzy Myszyńcem a granicą pruską. Podczas postoju ćwiczył oddział. Ta bliskość granicy była niezwykle ważna dla budowy oddziału, ale również na wypadek, gdyby trzeba było uchodzić przed Rosjanami. Na początku listopada 1863 roku ze Szczuczyna wyruszyły, idąc niemal równolegle do siebie, roty rosyjskie, które 5 listopada spotkały się w Dębach (na południowy-wschód od Myszyńca). Rynarzewski 4 listopada, na wieść o nadchodzących Rosjanach, wyruszył na Zalesie, gdy tymczasem Rosjanie byli już w Wydmusach. Następnie poszedł na Piaseczną i Czarnotrzew, cały czas mając w niedalekiej odległości od siebie  oddziały rosyjskie. 6 listopada połączył się z IV oddziałem Lenartowicza (pseudonim?). Rynarzewski z oddziałem zajął pozycje na północ od Żelaznej, na kępach między bagnami Płodownicy, a Lenartowicz  pod Rzodkiewnicą. Według raportu kapitana Ludwika Ostaszewskiego, najpierw zaatakowana została grupa Lenartowicza, przez „objeszczików” (formacja przygraniczników), a potem piechotę rosyjską. Oba polskie oddziały dzieliła rzeczka. Rynarzewski zajmujący pozycję po prawej stronie Płodownicy, rozpuścił siły Ostaszewskiego w tyraliery aż do Rzodkiewnicy. Lenartowicz zaś, stojący po lewym brzegu rzeczki, zajął Rzodkiewnicę swoim prawym skrzydłem, a lewym połączył się z tyralierami Ostaszewskiego. Utworzony w ten sposób półpierścień pozwolił ściągnąć Rosjan, którzy obeszli Żelazną od południa. Ostaszewski tak relacjonuje ten fragment boju: „Nasi strzelcy dali dowody zimnej krwi i zapału, utrzymując równy i dobrze celowany ogień.” Rynarzewski został ciężko ranny. Gdy Rosjanie doszli do Rzodkiewnicy, z zamiarem otoczenia jej, Ostaszewski wycofał się za Omulew w kierunku Surowego.



Lenartowicz nękany był przez Rosjan aż do wsi Krukowo, następnie poszedł do Charcibałdy. Oddziały biorące udział w bitwie ponownie połączyły się i odeszły w kierunku Zdunka, a Rosjanie nie ścigali ich. To dość zastanawiające, ponieważ z Przasnysza zdążała im z pomocą rota Goriełowa. W bitwie między Żelazną a Rzodkiewnicą ze strony polskiej zginęło 3 szeregowych, a 4 było rannych. Dowódca połączonych oddziałów Rynarzewski ciężko ranny, zmarł (grób Rynarzewskiego znajduje się na cmentarzu w Myszyńcu). W bitwie był też śmiertelnie ranny adiutant Rynarzewskiego – Józef Bogucki. Naczelnik powiatu ostrołęckiego NN ps. Bocian, pisał 10 listopada 1863 roku do Feliksa Krzyżanowskiego w Myszyńcu, pilną prośbę o zaopiekowanie się rannym powstańcem Józefem Boguckim. „Racz mieć pamięć o rannym Józefie Boguckim, aby był umieszczony w bezpiecznym miejscu i na pomocy lekarskiej nie zbywało mu. Pieniądze, jakie wyekspensujecie, powrócimy Wam. Weźcie ich [sic] od organizatora. Bocian miał przybyć za kilka dni do Myszyńca. Trudno stwierdzić, czy spotkał się z Józefem Boguckim. Bogucki zmarł jeszcze w 1863 roku. W bitwie zginął również podoficer Oskar Wolski z Poznańskiego. Straty Rosjan według mjr. Lenartowicza wynosiły 50 żołnierzy (zabici i ranni). Powstańcy zdobyli „kilkanaście sztuk broni, dubeltówkę, 4 janczarki kozackie, 3 szaszki, 5 pistoletów, 3 konie z kulbakami i 3 kulbaki zdjęte z zabitych koni wrogowi”. Dowództwo po majorze Rynarzewskim objął Ludwik Ostaszewski.
Po Żelaznej były jeszcze niewielkie starcia i pościgi, jak np. pod Tyczkiem, Cykiem czy 25 listopada 1863 roku, we wsi Niedźwiedź, gdzie Goriełow dopadł konny 120-osobowy oddział Aleksandra Nemetego (Nemethego) – Węgra, który dowodził jazdą przy oddziale pieszym Lenartowicza.
Bitwę pod Żelazną należy uznać za najbardziej znaczący, końcowy akord powstańczych zmagań w północno-wschodniej części województwa płockiego.

     Powyższe cytaty wystarczająco ilustrują Kurpiów lojalność, męstwo w walce z zaborcą i nie ma drugiego takiego regionu w Polsce jak całe północne Mazowsze włącznie z Kurpiowszczyzną z taką gotowością do boju o wolność a wśród nich występuje wiele pruskich rodów.
     Rodu Ostaszewskich trudno nie wymienić, że byli to mieszkańcy zasiedleni północnego Mazowsza, dawnego terytorium Prus, Uzdowo działdowski, niborski, Ostaszew pułtuski. Ród militarny z wieloma zasługami militarnymi, dyplomatycznymi dla Rzeczpospolitej.
     Uzupełnię korespondencją;
“Zadziwia mnie ten splot przypadków, że znowu ktoś z moich przodkow trafia na stronę Stowarzyszenia Prusów. Ostaszewscy h. Ostoja wywodzą sie z Mazowsza i są określani jako "odwieczna szlachta". Wywodzą się z Ostaszewa Wlk. a majątki ich znajdowały się na całym Mazowszu. Od 17 wieku dobra rodzinne Ostaszów Wlk. zostały sprzedane a Ostaszewscy nabyli dobra w całej Rzeczpospolitej. Wybudowali wspaniałe pałace we Wzdowie, Grabownicy Starzeńskiej, Krakowie. Założyli również kurort Iwonicz Zdroj. To ród senatorski, który wyżej stawiał oddanie Ojczyżnie niż tytuły nadawane z rąk zaborców. Ostaszewscy odmówili przyjęcia tytułu Fürst (książe) z rąk Cesarza Austrii, jak i tytułów hrabiowskich z rąk zaborców. Dlatego do dziś w wielu opracowaniach przypisywany jest im tytuł książęcy jednak prawdą jest, że nigdy go nie przyjęli. Ród Ostaszewskich bardzo blisko spokrewniony jest z książętami Ogińskimi, hrabiami Dzieduszyckimi i wieloma innymi wybitnymi rodami jak choćby ks. Sapieha. Hrabia Dzieduszycki będący szambelanem dworu cesarskiego w Austrii będący mężem Marii z Ostaszewskich próbował wielokrotnie namawiać Ostaszewskich do przyjęcia tytułu z rąk cesarza Austrii i zawsze spotkał się z odmową. Jedynie Ostaszewscy osiedli we Francji używają niekiedy tytułu de Grand, który otrzymali z rąk króla Hiszpanii. Jeszcze przed I wojną światową w posiadaniu Ostaszewskich było około 16 tysięcy hektarów ziemi. To najbliższa mi polska rodzina, z którą zawsze miałem serdeczne kontakty i tak jest do dzisiaj. Jako dziecko bywałem z moją babcią z domu Ostaszewska we splądrowanych przez komunistow pałacach we Wzdowie i Grabownicy. To te zdjęcia, które Tobie kiedyś przesłałem. Mam we własnym archiwum bardzo wiele dokumentów i fotografii rodowych Ostaszewskich. Jestem dopisany jako pierworodny do drzewa genealogicznego Ostaszewskich. Stąd znane mi są dobrze Kurpie a jako dziecko bywałem z rodziną na jarmarkach z okazji odpustów w Myszyńcu i Kadzidle. Wszędzie traktowani byliśmy z wielkimi honorami przez ludność kurpiowską. Brat mojej babci Julian Ostaszewski był dwukrotnie burmistrzem Ostrołęki a w 1939 roku zostal mianowany burmistrzem komisarycznym na czas działań wojennych. Jak sięgam pamięcią to Ostaszewscy bardzo szanowali Kurpiów.Co do Napiórkowskich to nie czuli oni żadnych więzów krwi z Kurpiami, wręcz bardziej znane były legendy o pruskim rodowodzie niż kurpiowskich koneksjach. Dlatego zaskoczyła mnie trochę Twoja praca, zawsze myślałem, że Kurpie są mieszanką różnych nacji. Masz jednak jak myślę rację, był to w swoich początkach z pewnością etnos pruski, dopiero teraz zwróciłem na to uwagę. Mówię tu o okresie przed krzyżackim i Puszczy Zielonej. Potem jednak napływ ludności nie pruskiej miał rownież niebagatelny wpływ na póżniejszy naród Kurpiów.
Zadziwia mnie to, że znowu znalazły się jakieś interesujące sprawy wiążące moich przodków z narodem Prusów. Nie pisałem o tych związkach Ostaszewskich z Kurpiami wcześniej gdyż Kurpiów traktowałem jako lud inny niż Prusowie, nie pomyślałem o czymś co miałem przecież "przed nosem". Dlatego też nie pisałem o tym Tobie. Myślałem, że nie ma to nic wspólnego z poruszanymi przez nas tematami.
Znowu mnie miło zaskoczyłeś...”

     Nazwiska w powyższym tekście o czysto pruskim rodowodzie to: Bogucki, Kobyliński, Krzyżanowski, Wolski. To są rody Prusów i bez problemu ich tożsamość można odnaleść. Nie wiemy tylko czy istniała nić świadomości pomiędzy Kurpiami a elitą dowódczą o wspólnych korzeniach. Domniemywać można, że skoro Kurpie darzyli ich zaufaniem, to jakiś związek mógł istnieć, a może był to tylko zew krwi. Takie związki też występują.

Sławomir Klec Pilewski
Kwiecień 2014




MAIL: PRUS@PRUSOWIE.PL


Początek Strony